- To nie jest zbyt naturalne, to prawda. - Nie było. Kot był magiczny? Był od Figgów, nie był TYM kotem Figgów, ale został potraktowany magią i zdecydowanie wykraczał już na samym wstępie nad przeciętność kociaka napotkanego na ulicy. Gdyby to nie był kot od Nory to zastanawiałby się, czy ktoś mu nie próbuje wcisnąć animaga, który potem może okraść jego dom. Albo i by się nad tym nie zastanawiał? W ostatnim czasie nabierał aż za dużo podejrzliwości. Za dużo, bo to nie do końca było do niego podobne, tak sobie o tym myślał. Przecież miał naprawdę udane życie, spokojne przez kilka lat, nawet jeśli początki nie pozwalały sumieniu spać spokojnie. Zastanawiało go to czasami, czy Edge był w stanie spać. Zmrużyć swoje powieki. Czy widział tą śmierć, którą zadał. To cierpienie, które owijało się wokół niego jak szalik podczas zimy. Wzdrygnął się lekko słysząc, że tam była cała skrzynka veritaserum, która mogła trafić w naprawdę nieodpowiednie ręce i wyrządzić sporo krzywdy. Pierwsza myśl: coś trzeba z tym zrobić... - ta myśl nawet powiodłaby go dalej, gdyby nie to, że następne wydarzenia skutecznie wyciągnęły go z myślenia o tym, co z czym robić.
I tym rozproszeniem wcale nie była kawalkada wydarzeń, które miały przybiec do nich dopiero po chwili. Złapać za kostki, chwycić za włosy - odciągnąć od siebie i od tej chwili. Od spokoju. Od bezpieczeństwa. Od suchości ust - tych przygryzanych. Zdradziły to zęby, zdradziły to te umykające i powracające oczy. Te drobne znaki, które sprawiały, że Laurentowi robiło się miło. Że chciał je eksplorować i przesuwać dalej. W wyimaginowanym świecie, gdzie można było splatać te dłonie mocniej, bliżej. Zniknąć gdzieś dalej od tłumu - i nie ze strachu. Laurent się nie bał spojrzeń i szeptów. Dla romantyzmu, za którym się uganiał. Dla delikatności, którą chciał pokazywać Edgowi, żeby potem prosić go o gwałtowność. Czarował, och jakże skutecznie czarowała ta Wrona! Cóż to za magia w jego oczach, że tak łatwo było chcieć trzymać osobę, która się uważała za szczura przy sobie?
Czar był popsuty tylko tym, że Edge naprawdę potrzebował prysznica i Laurent by go teraz nie pocałował za żadne skarby świata! Nie po tym, jak rzygał!
O tym jednak blondyn pomyśleć nawet nie zdołał - w przeciwieństwie do tego, że "coś trzeba zrobić z veritaserum". Co i jak? Nie ważne. Nie ważne, bo Fleamont, a po drugie nieważne, bo... chaos.
Pochylenie się, lekkie zachwianie - huh? Ze zdziwieniem powiódł wzrokiem w dół, żeby zobaczyć, ze Edge ma... zawiązane sznurówki? Ze sobą wzajem? Czy to jakiś... żart. W tej myśli powinno zostać dodane słowo "żart" do całego zdania, ale nie zostało, bo świeczka uderzyła w Edga, a blondyn swój wzrok od razu podniósł. Przez moment biegając nim po ludziach, a kiedy wzrok Edga padł na Mulciberach - to i jego na nich się zatrzymało. Dźwięk głosu był męski - więc błękit utknął w końcu na Leonardzie. Najpierw zdezorientowany. A po chwili już zwyczajnie zły. A ta złość tylko urosła, kiedy Edge powiedział, że Śmierciożerców szukał za ladą.
Skierował do nich swoje kroki i oparł się o ladę. Tak, żeby ostentacyjnie pierścień z godłem Prewettów był wszem i wobec widoczny. Może nie był dziedzicem Prewettów, ale większość nawet nie wiedziała, że nim nie jest - że dziedzicem była jego siostra. Za to większość dobrze wiedziała, że był jedynym synem Edwarda Prewetta. A ten tutaj? Kim on kurwa w ogóle był? Spojrzał na Sophie, a potem znowu na Leonarda.
- Pan Mulciber... jak mniemam. - Zlustrował go spojrzeniem, nim wrócił oczyma do jego facjaty. - Proszę zachować swoje seksualne upodobania do "jebania mugolaków" oraz do homoseksualizmu dla siebie. Byłoby fatalnie dla nazwiska Mulciberów, gdyby jeden z nich został szlamojebcą. - Dzisiejszy dzień był ciężki, spierdolony, Laurent był wykończony, a jego temperament był aż zbyt wiele razy wystawiony na próbę. Ten spokój, z jakim przemawiał, był w rzeczywistości podszyty oczywistą groźbą i ostrzeżeniem, bo wcale nie był spokojny. Wyprostował się w końcu, tak - oderwał dłonie od blatu i znów spojrzał na Sophie. Bo kto rzucił? Ona czy on? "Kultywując rodzinne tradycje"? - Wasza głowa rodu nie byłaby raczej zadowolona, że "pielęgnując rodzinne tradycje" robicie pośmiewisko ze swojego nazwiska. Za bycie szlamojebcą, jeśli mnie pamięć nie myli, w "rodzinnych tradycjach" się wydziedzicza. - Może i nie mówił wprost, że uważał to za żałosne, ale to było widać w jego spojrzeniu i słychać w jego głosie. Zazwyczaj był ponad tym - bo takie osoby były raczej niegodne jego spojrzeń i uwagi, ale pękła mu struna nerwu. Ta dwójka mogła nawet Roberta nie znać osobiście, ale nie miało to znaczenia dla samego Prewetta. Podpisywali się tym nazwiskiem. - Miłego dnia. - Rzucił w Leonarda monetą na odchodne, tak jak rzuca się monetami w dziwkę, kiedy już zakładasz swoje spodnie po seksie, a ona dopomina się, że za jej czas się płaci. - Śmierciożercy muszą obejść się smakiem. - Rzucił do Edga. - Idziemy. - Przynajmniej jednego z nich to rozbawiło, bo samego Prewetta nastroszyło.