Tak bardzo rozumiał, co Philip miał na myśli w ostatnim zdaniu. Byliśmy swoimi największymi wrogami. Starcie z poplecznikami Lorda Voldemorta czasem zdawało się lepszą opcją, niż zmaganie się z własnymi myślami i czynami.
— Wiele osób brało udział w pomocy po ataku, nie daliby rady obrać za cel wszystkich... A ja... Moje poglądy są oczywiste. Każdego człowieka stawiam na równi, bez względu na jego magiczne zdolności, czy wszelkie inne cechy, które niektórzy odbierają jako powód do gorszego traktowania. Nie wspominam już nawet o tym, co mówię o goblinach, skrzatach, centaurach i innych istotach... Publikuję, biorę udział w konferencjach, przemawiam publicznie o rzeczach, których oni są przeciwnikami. Jestem przekonany, że moje nazwisko to jedyny powód, dla którego wciąż żyję.
Giovanni skupił się na historii. Uniósł brwi słysząc o malowaniu. Nie kojarzył, żeby Philip miał tego typu zapędy artystyczne, ale skoro taką atrakcję oferowano na rejsie, czemu by nie skorzystać. Sam również by wziął udział, ot tak dla towarzystwa, dla porobienia czegoś nowego.
Gdy Philip zaczął opowiadać o rozpoczynającej się tragedii, Giovanniego przeszedł dreszcz. Przebywanie na otwartej wodzie było oddaniem się żywiołowi na całego. Szczególnie w nocy, gdy mrok otaczał z każdej strony, a niewidoczny horyzont sprawiał wrażenie przebywania w pustce.
Nie potrafił zdobyć się na komentarz od razu. Potarł skroń. Jego empatia była czasem przekleństwem. Zbyt dobrze potrafił sobie wyobrazić walkę z czasem i żywiołem.
— To musiało być straszne przeżycie... Widzę... jak ciężko ci się o tym opowiada. Może nie powinienem był pytać, wybacz... Mam nadzieję, że z czasem uda ci się dojść do siebie... Czy jest może coś, w czym mógłbym ci pomóc? Potrzebujesz jakiegoś specjalistycznego uzdrowiciela albo medykamentu?