12.01.2023, 09:16 ✶
Widziała już te ciała, ale umówmy się – bardzo pobieżnie. Skupiła się na tym, by wyciągając je spod gruzów jak najmniej je uszkodzić. Też znała procedury, niemal książkowo i na pamięć, i choć niekoniecznie chciała te ciała oglądać kiedy będzie z nimi pracował William to nie – wiedziała, że nie powinna zostawić go z nimi samego. Kuzyn czy nie. Jednak z wdzięcznością przyjęła kubek herbaty, który wręczył jej William. To, że potrafiła sobie taki wyczarować sama to jedno, to że druga osoba pomyślała o tym i sama taki dla niej zrobiła to drugie.
– Dziękuję – odpowiedziała mu i od razu objęła naczynie dłońmi, by je ogrzać. - Jasne… posiedzę tu sobie – nie miała nic przeciwko temu. Prawdę mówiąc przyjęła to trochę z ulgą – to że może sobie tutaj usiąść, wypić herbatę, ogrzać dłonie i ciało, oprzeć głowę o ścianę i przymknąć powieki. A nawet wtedy, gdy je zamykała, to słyszała w głowie hałas, widziała i niemal czuła żar płomieni.
Nie przeszkadzała mu więc w pracy. William znajdował się w pomieszczeniu z trupami, a ona siedziała sobie na krześle, chcąc złapać choć trochę odpoczynku, tylko od czasu do czasu patrząc na to, co robi. Serce i tak wciąż waliło, ciągle była pobudzona – na pewno znasz ten stan, w którym jesteś tak cholernie zmęczony a i tak jeśli przymkniesz powieki, to nie dasz rady zasnąć. Dzisiejsze wydarzenia, obrazy wciąż przesuwały się przed jej oczami, jak w jakimś kalejdoskopie. I ten smród; smród czarnej magii. Tak, czuła że nim przesiąknęła. Czuła, że jest na niej i choć bardzo chciała, to niewiele mogła z tym zrobić.
Kiedy William przerwał ciszę, która ze sobą od dłuższego już czasu dzielili, drgnęła i uniosła na niego zmęczone, choć nadal bystre spojrzenie brązowych oczu. Słuchała go w milczeniu i kiwnęła głową – mugole, którzy zginęli, bo zawalił się budynek. Paskudna śmierć. A później uniósł torebkę z sygnetem i powiedział magiczne zaklęcie: ktoś od Rosierów.
W pierwszej chwili Victoria po prostu siedziała nieruchomo i patrzyła na Williama niemalże bez cienia inteligencji w oczach. To, co powiedział, znaczenie tego, dotarło do niej dopiero po kilkunastu sekundach, w których szerzej otworzyła oczy. Wiedziała, że to nie był żart, bo po co żartować z takich rzeczy…?
Zerwała się w końcu z krzesła i podeszła do Williama, chcąc sama spojrzeć na sygnet. Rosier… w przyszłości miała zostać członkiem tej rodziny, znała ich symbol. A jeśli to ktoś od nich… Patrzyła na pierścień, a później spojrzała na ciało. Znała członków tej rodziny, może nie wszystkich, ale części na pewno.
- To ciało… Nie kojarzę niczego konkretnego. Może oprócz tego, że leżało bliżej wyjścia z budynku niż tamte dwa. Pod gruzowiskiem, jak tamte – powiedziała w końcu. Czy było to takie istotne? Pewnie nie… - Jesteś w stanie określić… nie wiem, wiek debata? Albo jakieś inne rzeczy? Znam… część członków rodziny Rosierów… Może będę mogła jakoś pomóc… – w tym momencie zastanawiała się tylko, co ktoś od Rosierów w ogóle robił w otoczeniu mugoli.
– Dziękuję – odpowiedziała mu i od razu objęła naczynie dłońmi, by je ogrzać. - Jasne… posiedzę tu sobie – nie miała nic przeciwko temu. Prawdę mówiąc przyjęła to trochę z ulgą – to że może sobie tutaj usiąść, wypić herbatę, ogrzać dłonie i ciało, oprzeć głowę o ścianę i przymknąć powieki. A nawet wtedy, gdy je zamykała, to słyszała w głowie hałas, widziała i niemal czuła żar płomieni.
Nie przeszkadzała mu więc w pracy. William znajdował się w pomieszczeniu z trupami, a ona siedziała sobie na krześle, chcąc złapać choć trochę odpoczynku, tylko od czasu do czasu patrząc na to, co robi. Serce i tak wciąż waliło, ciągle była pobudzona – na pewno znasz ten stan, w którym jesteś tak cholernie zmęczony a i tak jeśli przymkniesz powieki, to nie dasz rady zasnąć. Dzisiejsze wydarzenia, obrazy wciąż przesuwały się przed jej oczami, jak w jakimś kalejdoskopie. I ten smród; smród czarnej magii. Tak, czuła że nim przesiąknęła. Czuła, że jest na niej i choć bardzo chciała, to niewiele mogła z tym zrobić.
Kiedy William przerwał ciszę, która ze sobą od dłuższego już czasu dzielili, drgnęła i uniosła na niego zmęczone, choć nadal bystre spojrzenie brązowych oczu. Słuchała go w milczeniu i kiwnęła głową – mugole, którzy zginęli, bo zawalił się budynek. Paskudna śmierć. A później uniósł torebkę z sygnetem i powiedział magiczne zaklęcie: ktoś od Rosierów.
W pierwszej chwili Victoria po prostu siedziała nieruchomo i patrzyła na Williama niemalże bez cienia inteligencji w oczach. To, co powiedział, znaczenie tego, dotarło do niej dopiero po kilkunastu sekundach, w których szerzej otworzyła oczy. Wiedziała, że to nie był żart, bo po co żartować z takich rzeczy…?
Zerwała się w końcu z krzesła i podeszła do Williama, chcąc sama spojrzeć na sygnet. Rosier… w przyszłości miała zostać członkiem tej rodziny, znała ich symbol. A jeśli to ktoś od nich… Patrzyła na pierścień, a później spojrzała na ciało. Znała członków tej rodziny, może nie wszystkich, ale części na pewno.
- To ciało… Nie kojarzę niczego konkretnego. Może oprócz tego, że leżało bliżej wyjścia z budynku niż tamte dwa. Pod gruzowiskiem, jak tamte – powiedziała w końcu. Czy było to takie istotne? Pewnie nie… - Jesteś w stanie określić… nie wiem, wiek debata? Albo jakieś inne rzeczy? Znam… część członków rodziny Rosierów… Może będę mogła jakoś pomóc… – w tym momencie zastanawiała się tylko, co ktoś od Rosierów w ogóle robił w otoczeniu mugoli.