Ciepły uśmiech opadł na Leona i jego towarzysza. Widok znajomych twarzy zawsze przysparzał Ralitsie sporo radości. Zapracowana szarość codzienności spychała kobietę ze światła towarzyskich spotkań. Pospieszne wymiany słów na korytarzu Munga lub podczas sprawunków to wszystko, na co mogła sobie pozwolić. Dlatego bardzo zależało jej na wystawieniu stoiska na Lammas. To wciąż praca, a jednak tak blisko innych.
— Jak miło cię widzieć, Leonie. Dziękuję, że pytasz. U mnie po staremu... I tak, nadal pracuję w Mungu. A co u ciebie? Mam nadzieję, że przyjemnie spędzacie tu obydwoje czas. Trafiła się taka dobra pogoda.
Sięgnęła po płócienny woreczek, by spakować przetwory wybrane przez Leona. Każdy słoiczek opatrzony był ręcznie podpisaną etykietą. Pismo kobiety, chociaż eleganckie i o fantazyjnym kształcie, nie sprawiało trudności w odczytaniu podpisu.
— To przetwory z tegorocznych niesamowitych plonów, jakimi pobłogosławiła nas Matka. Co za niezwykły dar dla uleczenia naszych dusz po tragedii na Beltane, nieprawdaż? I jak możesz pytać o to, czy mam jakiś alkohol, Leonie. Oczywiście, że mam — odpowiedziała z ciepłem uśmiechu i nalała panom po kieliszku śliwkowej rakiji. — Spróbujcie, ta jest z miodem, ale mam też z ziołami.
Postawiła ostrożnie torbę z przetworami na blacie, po czym stanęła przy chustach i zaczęła wypytywać Leona o preferencje. Posiadała w ofercie wzory geometryczne, z przeważającym motywem roślinnym, a także bardziej minimalistyczne.