11.08.2024, 17:15 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.08.2024, 19:02 przez Anthony Shafiq.)
— Dobrze... czyli przepłynięcie oceanu i wspinaczka na Kilimandżaro pozostają w mocy — mruknął w jego bark, rozpłaszczając raz po raz wargi na gorącej skórze, błądząc po niej w kontraście do rozleniwionych kręgów, które rysowała całkiem świadomie jego dłoń. Zawahanie w głosie nie uszło uwadze dyplomaty, znajdując odbicie w uśmiechu pośród kolejnych zagubionych pocałunków szukających pyskatych ust. Kreatywność, spontaniczność, zadania i misje... Bądź blisko przyszło mu na myśl, jako pierwsze, bardzo mało oryginalne wyzwanie.
— Zostań ze mną jutro, Wergiliusz nie wróci z posiadłości, jeśli go nie wezwę.— Nie był pewien, czy Erik pracuje w dni okalające pełnię pełni, ale znał zalecenia, wiedział, że jutrzejszą noc odbiera mu klątwa, ale dzień... dzień jeszcze był w zasięgu wzroku i możliwości obojga.
Kochaj mnie - kolejne "zadanie" rozkwitło, gdy ich usta znów się spotkały, gdy dłoń powróciła z małej wycieczki tylko po to, by ująć policzek, by wsunąć mały palec pod perfekcyjnie zarysowaną szczękę i przyciągąć go ku pieszczocie, ku tęsknocie znajdującej ulgę w niespiesznym wzajemnym rozsmakowaniu.
— Potrzebuję Cię...— szepnął we współdzielony oddech, kładąc rękę na poranionym sercu, łagodnie, ospale, wsłuchując się w puls ukrytego przed nim wciąż skarbu. Kłody i absurdalne wymagania, które Erik piętrzył tak zawzięcie niepokoiły go, nawet jeśli były wypowiadane w żarcie, być może w upewnieniu samego siebie, że zbyt łatwo nie oddawało się własnej skóry, podążając za kapryśnym porywem namiętności. Anthony był świadom własnej zmiany, uczucia, które rozkwitało w nim tempem rozłożonym na sześć długich lat. Był świadom tego, jak bardzo ich wspólna bliskość nie była kaprysem, w końcu był gotów zaryzykować myśl, że i druga strona nie szuka w ich relacji niezobowiązującej przygody. Nie tutaj. Nie w ten sposób.
Przeżyj
I znalazł się pośród tych pocałunków strach zasiany słowami drogiej przyjaciółki, jej bolesnej, zatrującej spokojność przestrogi: pamiętaj, że od losu nędzarza dzieli cię tylko odrobina czasu. Każda sekunda, każde ziarno piasku - pokruszonej umarłej gwiazdy, każdy wspólny moment cenniejszy był niż złoto, a myśl o tym odsuwała domagający się władzy nad myślą sen. Ostatnie z trzech zadań nie wybrzmiało ani słowem, ani gestami pełnymi desperackiego pragnienia przekupienia losu, by wymusić na nim gwarancję przetrwania ukochanego. Pozostawała wiara, w szczęśliwy obrót spraw, ochronę bóstwa, pozostawała nadzieja, na lepsze jutro z zaduszonym w końcu zagrożeniem. Pozostawało tylko i aż kojące troski intymne uczucie bliskości, ciepło bijace od drugiego ciała, cichy szept w mroku. W pewnym momencie, nie zauważył nawet kiedy, zapadł się w objęciu, zapadł we własnym śnie spleconym ciasno ze słodką jawą. W pewnym momencie zapadł się w milczącym wyznaniu, w pokruszonym szczęściu, które lśniło jaśniej niż gwieździste niebo, zdobiące nocny sufit świata. W pewnym momencie po prostu zasnął.
— Zostań ze mną jutro, Wergiliusz nie wróci z posiadłości, jeśli go nie wezwę.— Nie był pewien, czy Erik pracuje w dni okalające pełnię pełni, ale znał zalecenia, wiedział, że jutrzejszą noc odbiera mu klątwa, ale dzień... dzień jeszcze był w zasięgu wzroku i możliwości obojga.
Kochaj mnie - kolejne "zadanie" rozkwitło, gdy ich usta znów się spotkały, gdy dłoń powróciła z małej wycieczki tylko po to, by ująć policzek, by wsunąć mały palec pod perfekcyjnie zarysowaną szczękę i przyciągąć go ku pieszczocie, ku tęsknocie znajdującej ulgę w niespiesznym wzajemnym rozsmakowaniu.
— Potrzebuję Cię...— szepnął we współdzielony oddech, kładąc rękę na poranionym sercu, łagodnie, ospale, wsłuchując się w puls ukrytego przed nim wciąż skarbu. Kłody i absurdalne wymagania, które Erik piętrzył tak zawzięcie niepokoiły go, nawet jeśli były wypowiadane w żarcie, być może w upewnieniu samego siebie, że zbyt łatwo nie oddawało się własnej skóry, podążając za kapryśnym porywem namiętności. Anthony był świadom własnej zmiany, uczucia, które rozkwitało w nim tempem rozłożonym na sześć długich lat. Był świadom tego, jak bardzo ich wspólna bliskość nie była kaprysem, w końcu był gotów zaryzykować myśl, że i druga strona nie szuka w ich relacji niezobowiązującej przygody. Nie tutaj. Nie w ten sposób.
Przeżyj
I znalazł się pośród tych pocałunków strach zasiany słowami drogiej przyjaciółki, jej bolesnej, zatrującej spokojność przestrogi: pamiętaj, że od losu nędzarza dzieli cię tylko odrobina czasu. Każda sekunda, każde ziarno piasku - pokruszonej umarłej gwiazdy, każdy wspólny moment cenniejszy był niż złoto, a myśl o tym odsuwała domagający się władzy nad myślą sen. Ostatnie z trzech zadań nie wybrzmiało ani słowem, ani gestami pełnymi desperackiego pragnienia przekupienia losu, by wymusić na nim gwarancję przetrwania ukochanego. Pozostawała wiara, w szczęśliwy obrót spraw, ochronę bóstwa, pozostawała nadzieja, na lepsze jutro z zaduszonym w końcu zagrożeniem. Pozostawało tylko i aż kojące troski intymne uczucie bliskości, ciepło bijace od drugiego ciała, cichy szept w mroku. W pewnym momencie, nie zauważył nawet kiedy, zapadł się w objęciu, zapadł we własnym śnie spleconym ciasno ze słodką jawą. W pewnym momencie zapadł się w milczącym wyznaniu, w pokruszonym szczęściu, które lśniło jaśniej niż gwieździste niebo, zdobiące nocny sufit świata. W pewnym momencie po prostu zasnął.