11.08.2024, 22:30 ✶
Charlotte wciąż coś mówiła i Jonathan był wręcz pewny, że gdyby był w stanie skupić się na jej słowach to nawet by się zaśmiał, ale.. Ale nie potrafił skupić się na czymkolwiek innym, niż na tej roślinie. Podobnie słowa Morpheusa, chociaż chyba w ogóle nie brzmiały na angielski, były wyciszane przez mgłę w jego głowie równie gęstą, jak ta która ich teraz otaczała. Jonathan jednak wciąż nie palił się do wyjścia ze szklarni. Może i cofnął się na prośbę Anthony'ego, ale dalej bardzo, ale to bardzo nie chciał dać tej roślinie satysfakcji umierania nie na jego oczach. Nie. Musiał dopilnować, aby na pewno zginęła. Musiał to zobaczyć. Musiał...
Macka w ostatniej, agonalnej już próbie, próbowała go trafić, a Jonathan zbyt pewny swojego zwycięstwa za późno cofnął się do tyłu, by zupełnie uniknąć uderzenia. Konająca roślina, za słaba, aby stanowić jakiekolwiek zagrożenie, musnęła jedynie jego policzek, jakby zamiast chcieć go mordować, błagała o litość, co chyba było jeszcze gorsze. Uniosł rękę by dotknąć skóry w miejscu uderzenia, czując ponowną falę wzbierającej w nim złości. Jak ona śmiała!
Nagle ktoś zaniósł się kaszlem.
Anthony.
Rozejrzał się dookoła. Rzeczywiście wszystko powoli usychało, umierająca roślina nie stanowiła już żadnego zagrożenia i chociaż naprawdę chciał zostać, naprawdę potrzebował zobaczyć, jak dokonuje ona swoich ostatnich dni, to nie mógł. Nie był tu sam, a Anthony właśnie opierał się na jego ramieniu I najwyraźniej nie chciał go zostawić. A przecież prosił ich wszystkich, aby odeszli, a oni uparcie tego nie zrobili. Skandal! Tylko on z ich czwórki mógł się tak zachowywać!
Roślina wydała z siebie kolejny żałosny jęk. Jeszcze kilka minut i na pewno umrze. Jeszcze kilka minut, a dym mógł wyrządzić krzywdę któremuś z jego bliskich. A jakby sobie poradził bez uśmiechu Morpheusa, złośliwych uwag Charlotte, czy też liścików Anthony'ego tłumaczących czemu znowu nie przyszedł do pracy? Nie poradziłby sobie.
Zdecydowanym ruchem złapał Anthony'ego za rękaw i szybko odciągnął od dymu, po to aby, wspinając się na wyżyny sztuki cyrkowej, bo miał tylko dwie ręce, a ich było tróję, zaraz zgarnąć wszystkich nieco dalej od szklarni.
– Wszystko w porządku? – spytał zachrypniętym głosem, skupiając swoją uwagę głównie na Shafiqu, chociaż pytanie było kierowane do każdego z nich, a gdy już się upewnił, że nikt nie umiera wyprostował się i strzepnął uschnięte listki ze swojego garnitury, udając, że ta cała sytuacja nie miała miejsca. – No dobrze, chyba rzeczywiście najwyższy czas się zbierać. Anthony, sto punktów dla Ravenclawu za to co zrobiłeś mój drogi, ale proszę cię nie powtarzaj tego za często. Morphy... Zrób to dla mnie i nie zostawaj dzisiaj sam, dobrze? Lottie, nasz ślub wciąż jest na samym szczycie ślubnego rankingu. Jeśli dalej chcesz wracać ze mną to nasz powóz zaraz będzie gotowy przed wyjściem, tylko daj mi chwile po muszę wziąć płaszcz. Do zobaczenia na urodzinach moi mili. Wszyscy wyglądaliście dzisiaj zniewalająco, ale chyba wygrała szata Morpheusa.– I z tymi słowami ruszył w stronę posiadłości, by zgarnąć płaszcz, którego nawet nie miał. Po prostu potrzebował chwili samotności, bez ukrywania tego, że ręce mu drżą.
Macka w ostatniej, agonalnej już próbie, próbowała go trafić, a Jonathan zbyt pewny swojego zwycięstwa za późno cofnął się do tyłu, by zupełnie uniknąć uderzenia. Konająca roślina, za słaba, aby stanowić jakiekolwiek zagrożenie, musnęła jedynie jego policzek, jakby zamiast chcieć go mordować, błagała o litość, co chyba było jeszcze gorsze. Uniosł rękę by dotknąć skóry w miejscu uderzenia, czując ponowną falę wzbierającej w nim złości. Jak ona śmiała!
Nagle ktoś zaniósł się kaszlem.
Anthony.
Rozejrzał się dookoła. Rzeczywiście wszystko powoli usychało, umierająca roślina nie stanowiła już żadnego zagrożenia i chociaż naprawdę chciał zostać, naprawdę potrzebował zobaczyć, jak dokonuje ona swoich ostatnich dni, to nie mógł. Nie był tu sam, a Anthony właśnie opierał się na jego ramieniu I najwyraźniej nie chciał go zostawić. A przecież prosił ich wszystkich, aby odeszli, a oni uparcie tego nie zrobili. Skandal! Tylko on z ich czwórki mógł się tak zachowywać!
Roślina wydała z siebie kolejny żałosny jęk. Jeszcze kilka minut i na pewno umrze. Jeszcze kilka minut, a dym mógł wyrządzić krzywdę któremuś z jego bliskich. A jakby sobie poradził bez uśmiechu Morpheusa, złośliwych uwag Charlotte, czy też liścików Anthony'ego tłumaczących czemu znowu nie przyszedł do pracy? Nie poradziłby sobie.
Zdecydowanym ruchem złapał Anthony'ego za rękaw i szybko odciągnął od dymu, po to aby, wspinając się na wyżyny sztuki cyrkowej, bo miał tylko dwie ręce, a ich było tróję, zaraz zgarnąć wszystkich nieco dalej od szklarni.
– Wszystko w porządku? – spytał zachrypniętym głosem, skupiając swoją uwagę głównie na Shafiqu, chociaż pytanie było kierowane do każdego z nich, a gdy już się upewnił, że nikt nie umiera wyprostował się i strzepnął uschnięte listki ze swojego garnitury, udając, że ta cała sytuacja nie miała miejsca. – No dobrze, chyba rzeczywiście najwyższy czas się zbierać. Anthony, sto punktów dla Ravenclawu za to co zrobiłeś mój drogi, ale proszę cię nie powtarzaj tego za często. Morphy... Zrób to dla mnie i nie zostawaj dzisiaj sam, dobrze? Lottie, nasz ślub wciąż jest na samym szczycie ślubnego rankingu. Jeśli dalej chcesz wracać ze mną to nasz powóz zaraz będzie gotowy przed wyjściem, tylko daj mi chwile po muszę wziąć płaszcz. Do zobaczenia na urodzinach moi mili. Wszyscy wyglądaliście dzisiaj zniewalająco, ale chyba wygrała szata Morpheusa.– I z tymi słowami ruszył w stronę posiadłości, by zgarnąć płaszcz, którego nawet nie miał. Po prostu potrzebował chwili samotności, bez ukrywania tego, że ręce mu drżą.