11.08.2024, 22:55 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.08.2024, 23:01 przez Lorien Mulciber.)
Grzecznie w kąciku na kanapie, nie wadząc nikomu.
Otarła szybko resztki łez chusteczką, którą przyjęła z cichym, ni to westchnięciem ni szeptem wypowiedzianym “dziękuję”. Jedne podziękowania - zarówno za chusteczkę, przy pomocy której próbowała się doprowadzić do względnego porządku, ale i upewnienia, że nie będzie musiała spędzić wieczoru na uporczywym wyrywaniu piór. Tylko tego jej brakowało.
Problemem nie była krew. I była to przerażająca, ale i za razem otrzeźwiająca myśl dla kogoś wychowanego w jedynych, słusznych wartościach. Kogoś, kto musiał się dostosować by przetrwać.
Sale Wizengamotu były swoim własnym mikroświatem. Za zamkniętymi drzwiami, w ciemnych, dusznych pomieszczeniach położonych w głębokich podziemiach Ministerstwa Magii, krew, którą tak nabożnie czcili stawała się czymś zupełnie nieistotnym. Każdy oskarżony był sobie równy, gdy stawał przed Sądem. Gdyby ktokolwiek kazał jej powiedzieć czym jest to przejmujące, uzależniające uczucie, powiedziałaby wprost:
Kiedy trzymasz w dłoniach władzę nad czyjąś duszą czyni cię to bliskim Bogom.
Łatwo było się jej oddać, gdy po raz pierwszy na wargi spadała ci kropla słodkiej kontroli. Przed jej oblicze wleczono resztki tego co zostało z człowieka. Część z nich czekała w Azkabanie na uczciwy wyrok w Azkabanie tygodniami, zanim łaskawi sędziowie znaleźli dla nich pół godziny. Część miała więcej szczęścia - ich procesy były dopiero preludnium. Nie znali jeszcze piekła skrytego wśród fal Morza Północnego.
Tego nikt nie uczył na kursach. Nikt nie raczył nawet wspomnieć słowem, gdy tłumaczono meandry prawa i napominano o kodeksie moralnym sędziów. Mieli być prawi i sprawiedliwi. A tymczasem prawdziwa walka zaczynała się w ich własnych umysłach.
Jak oddzielić się od mikroboskości i schylić głowę w czymś czym ich praca miała być - służbą.
Nie zwracała już uwagi na słowa szwagra o podobnych błędach popełnianych na całym świecie. Nie miało to przecież żadnego znaczenia. To była zwyczajna, stara historia.
Tło wydarzeń, do których doszło później. Dziś nikt nie kłopotał się by sprawdzić czy pozbawione duszy truchło nadal gnije w celi. Nawet jeśli opowieść Lorien i Anthony’ego rozkwitła w pełni pod arabskim niebem, to jednak zaczęła się właśnie tu - w ich rodzinnych stronach. I tylko tyle musiał wiedzieć Richard by zrozumieć. Tego co działo się przed laty w Jordanie nie dało się opowiedzieć. To były obrazy na zawsze zamknięte w kolorowych, szklanych flakonach.
Muzyka wodziła swoim pięknem, a czarownica nie potrafiła znaleźć w sobie siły, by walczyć przeciw jej zdradliwym tonom.
- Silną?- Zaśmiała się cicho, odwracając szybko wzrok. Ona! Brakowało jeszcze tylko niewinnego rumieńca na policzkach. - Jestem postury skrzata domowego, Ri…- zamilkła. A jednak nie posunęła się do podmienienia jego imienia na imię męża. Jej dotychczas drżący i słaby głos odzyskał nieco tego typowego nonszalanckiego, lekkiego zabarwienia. Wrócił włoski akcent, w którym dało się wyszukać jej ptasiego trelu. Bo ta cząstka nigdy nie znikała - tkwiła w jej podświadomości; kawałek pokruszonego lodu pod powieką, który nie chciał stopnieć. Ale teraz, klątwa zdawała się nareszcie przysnąć, załagodzona dźwiękami muzyki i słowami szwagra.
Rzeczywiście, w pierwszym odruchu Lorien cofnęła minimalnie głowę, aby nie mógł jej dotknąć. Jak zawsze, kiedy ktokolwiek inicjował dotyk, na który nie była w pełni gotowa. Była niczym przeklęta laleczka wystawiona do oglądania w drewnianej gablocie w czeluściach czyichś piwnic, oznaczonej ostrzegawczymi tabliczkami. “Kategorycznie nie otwierać!”, “Niebezpieczeństwo. Nie dotykaj niczego.”. Wolno było tylko patrzeć, tak długo jak królowa lodu nie pozwoli na cokolwiek więcej.
Odkąd Lorien zdołała wrócić spojrzeniem, wpatrywała się w Richarda z niemą fascynacją, która towarzyszyła czarownicy tylko w jednym momencie - gdy badała jak daleko są przesunięte granice. Gdy mogła obserwować cudze emocje. Z łagodnym uśmiechem, wręcz boleśnie powoli, przytuliła swój chłodny policzek do jego palców. Kontrolowanie, w każdej chwili gotowa odsunąć się na bezpieczną odległość, jak spłoszony ptak.
Czy tak patrzyłby na nią Robert, gdyby mu kiedykolwiek zależało? - przemknęło czarownicy przez myśl i poczuła jak bardzo w tej chwili się nienawidzi za ten krótki moment słabości. Za to, że wizja wyobrażenia sobie, że siedzi tu ze swoim mężem, nie jego substytutem, napawała ją tą czystą radością. Jeśli to był jakiś dziwaczny test - oblała go kompletnie. Ale to był problem dla Lorien w przyszłości. Ta siedząca na kanapie zamierzała cieszyć się choć trochę z atencji jaką nie obdarzono jej od miesięcy.
- Strzeż się, strzeż. Ludzie toną w tych oczach.- Znów ten śpiewny śmiech. I wszystkie troski gdzieś umknęły.