12.01.2023, 17:19 ✶
Na Pokątnej zawsze panował harmider, zwłaszcza o tej porze dnia, gdy spora część czarodziejów kończyła już swoją urzędniczą pracę i przybywali oni do centrum pozałatwiać swoje sprawunki, ewentualnie zjeść obiad w Dziurawym Kotle lub deser u Fortescue. Przez sklepową witrynę było widać, że Florian już ustawił krzesła na zewnątrz, pozwalając ludziom cieszyć się pierwszymi podmuchami wiosennego wiatru. Fergus był tak znudzony pracą, że jego myśli odpływały kilka dni wprzód, do Ostary, na którą obiecał udać się z Norą i Mabel. Nie przepadał za tego rodzaju imprezami, a już zwłaszcza sabatami, podczas których wiedźmy, niczym mityczne Mojry, zaczepiały przechodniów i wieściły im złe sprawy. Mógł się jednak poświęcić dla przyjaciółki, prawda?
Ollivanderowie, pomimo swojej renomy, nie miewali zbyt często gości. To nawet lepiej o nich świadczyło, gdyż ich towary okazywały się na tyle solidne, że nie wymagały naprawy. Większy ruch kojarzyli już wyłącznie z wakacjami, gdy całe rodziny przychodziły, by zakupić pierwsze różdżki nowym uczniom Hogwartu. Akurat te momenty sprawiały mu największą frajdę, bo pozwalały dostrzec efekty pracy, a jednocześnie zaskoczenie w oczach tych dzieciaków, gdy rzeczywiście coś się stało i poczuli więź ze swoim artefaktem.
Kręcił się po zapleczu, starając opracować jakikolwiek plan na ułożenie różdżek tak, by jego ojciec nie spostrzegł, że cokolwiek zostało przestawione. Pokoleniowe nawyki układania ich tam, gdzie było miejsce, nie miały żadnego sensu. Tworzyły chaos, a choć Fergus lubił wszystko, co powodowało bałagan, akurat magazyn wolał mieć choć trochę uporządkowany.
Podwinął rękawy granatowej szaty roboczej, związał włosy i zabrał się za robotę, starając przy okazji nadmiernie nie kichać przy starciu z wszechobecnym kurzem. Pachniało nieco stęchlizną, zwłaszcza przy pudełkach, o których wiedział, że mogły być starsze od niego. Różdżki stworzone jeszcze przez jego dziadka. Uśmiechnął się na samą myśl, pamiętając, jak ten opowiadał mu za dzieciaka o tym, co robił i dlaczego właśnie tak. To po nim młody Ollivander odziedziczył wszelkie nawyki w pracy, co irytowało jego ojca, który starał się wypracować własne metody, był w nich skrupulatny i nie akceptował tego, że ktoś próbowałby wykonywać te same czynności w odmienny sposób.
Siedział na podłodze, przeglądając najniżej położone półki, gdy usłyszał dzwonek do drzwi, a zaraz po tym znajomy głos wołający go z głównej części sklepu.
- Idę! – odkrzyknął, podnosząc się powoli, bo zdrętwiały mu nogi. Na szacie miał sporą warstwę kurzu, tak samo jak na palcach. Nie przejął się tym zbytnio i wynurzył się z zaplecza, spoglądając ze zdziwieniem na przybysza. – Co ty masz na sobie? – zapytał, unosząc w zdziwieniu brew i przyglądając się nietypowemu przebraniu Lovegooda. Ni to rycerz, ni to czarodziej. Nawet jeśli był pod wrażeniem, raczej nie okazałby tego wprost. – To jakaś unowocześniona wersja króla Artura? Czy zamierzasz wyciągnąć mnie na polowanie na smoki? – dopytał jeszcze, zatrzymując wzrok na skórzanych rękawicach.
Ollivanderowie, pomimo swojej renomy, nie miewali zbyt często gości. To nawet lepiej o nich świadczyło, gdyż ich towary okazywały się na tyle solidne, że nie wymagały naprawy. Większy ruch kojarzyli już wyłącznie z wakacjami, gdy całe rodziny przychodziły, by zakupić pierwsze różdżki nowym uczniom Hogwartu. Akurat te momenty sprawiały mu największą frajdę, bo pozwalały dostrzec efekty pracy, a jednocześnie zaskoczenie w oczach tych dzieciaków, gdy rzeczywiście coś się stało i poczuli więź ze swoim artefaktem.
Kręcił się po zapleczu, starając opracować jakikolwiek plan na ułożenie różdżek tak, by jego ojciec nie spostrzegł, że cokolwiek zostało przestawione. Pokoleniowe nawyki układania ich tam, gdzie było miejsce, nie miały żadnego sensu. Tworzyły chaos, a choć Fergus lubił wszystko, co powodowało bałagan, akurat magazyn wolał mieć choć trochę uporządkowany.
Podwinął rękawy granatowej szaty roboczej, związał włosy i zabrał się za robotę, starając przy okazji nadmiernie nie kichać przy starciu z wszechobecnym kurzem. Pachniało nieco stęchlizną, zwłaszcza przy pudełkach, o których wiedział, że mogły być starsze od niego. Różdżki stworzone jeszcze przez jego dziadka. Uśmiechnął się na samą myśl, pamiętając, jak ten opowiadał mu za dzieciaka o tym, co robił i dlaczego właśnie tak. To po nim młody Ollivander odziedziczył wszelkie nawyki w pracy, co irytowało jego ojca, który starał się wypracować własne metody, był w nich skrupulatny i nie akceptował tego, że ktoś próbowałby wykonywać te same czynności w odmienny sposób.
Siedział na podłodze, przeglądając najniżej położone półki, gdy usłyszał dzwonek do drzwi, a zaraz po tym znajomy głos wołający go z głównej części sklepu.
- Idę! – odkrzyknął, podnosząc się powoli, bo zdrętwiały mu nogi. Na szacie miał sporą warstwę kurzu, tak samo jak na palcach. Nie przejął się tym zbytnio i wynurzył się z zaplecza, spoglądając ze zdziwieniem na przybysza. – Co ty masz na sobie? – zapytał, unosząc w zdziwieniu brew i przyglądając się nietypowemu przebraniu Lovegooda. Ni to rycerz, ni to czarodziej. Nawet jeśli był pod wrażeniem, raczej nie okazałby tego wprost. – To jakaś unowocześniona wersja króla Artura? Czy zamierzasz wyciągnąć mnie na polowanie na smoki? – dopytał jeszcze, zatrzymując wzrok na skórzanych rękawicach.