Bobrem? Byłaby wspaniałym kotem, to na pewno, ale bobrem? Chodziło o futerko? Długie zęby? Czy może o ogon zdolny sklepać niegrzeczne dzieci? To skonsternowanie musiało być gdzieś przez moment widziane w jej zmarszczonych brwiach, nim nie pochłonęła ich reszta, bardziej intensywnych, zdarzeń.
– Postaram się już wyłączyć myślenie – uśmiechnęła się przy tym, mówiąc to, gdy schodzili schodami, ale prawdę mówiąc, to nawet nie miała pojęcia, jak takie coś dokonać. Jak po prostu przestać myśleć? Dla kogoś takiego jak ona, kto miał milion myśli i pomysłów, po prostu wyłączenie tego, nie było ani trochę proste, na szczęście Aidan nie miał prawa zobaczyć jej miny, która wcale nie wyrażała, że wyłączy myślenie ot tak na pstryknięcie palcami. Zresztą – właśnie wokół tego teraz kłębiły się jej rozbiegane myśli, jak i tego, co się do cholerny stało? Bo w głowie miała pustkę. A może to właśnie to? Może nie myślała przez co nawet nie umiała dobrze postawić kroku? – Teraz jak polecę, to ty razem ze mną – dodała jeszcze, całkiem rozbawiona tą wizją, chociaż wcale nie planowała już więcej spadać ze schodów, ani tym bardziej krzywdzić swojego kuzyna. Nie miała zresztą nic przeciwko temu, że był teraz tak blisko niej. Normalnie nie pozwalała większości mężczyznom na takie gesty, ale hej – to w końcu rodzina! Ludzie mogli sobie myśleć co chcieli, nie znając ich wcale, ale ważne było, że tu nie wchodziły w grę żadne nieczyste i nieodpowiednie uczucia.
Kiedy już dotarli na dół, Victoria potrzebowała chwili, by przyzwyczaić oczy do tej nagłej plejady obrazów, kolorów pląsających i zmieniających się jak w kalejdoskopie. Musiała na moment przystanąć, obrócić głowę, lecz nie gwałtownie, ta zaś delikatnie się poruszyła w rytm muzyki. Sama z siebie. Lubiła zapach papierosów, marihuany wręcz przeciwnie i w tej mieszaninie mógł powodować nawet zawrót głowy większy niż te wszystkie dźwięki i kolory, ale jakoś, kiedy powstrzymała pierwsze poczucie, że śmierdzi i chęć zwymiotowania, to szybko przestało to tak przeszkadzać. Słodki zaduch mieszał się z duchotą podziemnego klubu, ilości ludzi, którzy tańczyli, pocili się… Dobrze, że nie była tak wrażliwa na wszystkie zapachy.
– Łoł – wyrwało się jej, kiedy zobaczyła, jak jedna z kobiet podchodzi, a alkohol wlano jej prosto do buzi, a nie do jakiegoś kieliszka czy szklanki i zaraz wręcz odwróciła się do Aidana, a jej twarz wyrażała jedno podstawowe pytanie: gdzieś ty mnie zabrał? Ale po pierwszym szoku, na jej twarzy zagościł zagadkowy uśmieszek i zaraz złapała Parkinsona za dłoń, by pociągnąć go za sobą do baru. Zamierzała się napić, o tak – co z tego, że przed momentem prawie zleciała ze schodów. Victoria zgrabnie stawiała swoje wyuczone, gładkie kroki i nie zachwiała się ani razu na tych swoich szpileczkach, mimo tego, że musieli lawirować pomiędzy tańczącymi ludźmi, którzy wcale nie zwracali na nich uwagi. – Poproszę coś mocnego – walnęła, kiedy już dopchali się do baru.
I mocne dostała, a chwilę później zaciągnęła za sobą Aidana na parkiet, nie przyjmując do wiadomości ewentualnych protestów.