12.08.2024, 16:46 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.08.2024, 16:50 przez Erik Longbottom.)
Co tu dużo mówić, nie należało wstydzić się tego, że nie kojarzyło się kogoś z czasów szkolnych. W przypadku dwójki mężczyzn mogłoby to być nieco niezręczne co najwyżej w sytuacji, gdyby dzielili ten sam dom w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Nawet osoby, które wybiły się ponad tłum innych uczniów, mogły pozostać niezauważone w oczach innych młodych czarodziejów i czarownic. Bądź co bądź, w tym wieku każdy miał swoje własne zmartwienie i to niekoniecznie związane z nauką, egzaminami czy pierwszą pracą po powrocie do Londynu po zakończeniu ostatniego roku nauki w szkole.
— Przyłożyłeś...? — Uniósł brew, taksując uważnym wzrokiem sylwetkę swego towarzysza.
Nie przypominał sobie o tym, żeby siostra mu o tym wspominała, jednak z drugiej strony... Ona miała potworny zwyczaj trzymania pewnych informacji w tajemnicy, po czym wyciągnięcia ich na światło dzienne w formie niewinnej anegdoty lub nawiązania do innego wydarzenia. A skoro oboje dalej żyli i żadne z nich nie tkwiło w celu, to najwyraźniej wszystko skończyło się względnie... pozytywnie? Westchnął cicho.
— Wiesz, mógłbym powiedzieć, że jestem zobowiązany bronić honoru i dobrego imienia mej krewniaczki, jednak... Wiem, że Brenna potrafi sobie radzić. Nie będę więc wredny i podejdę do naszego pojedynku jak do każdego innego. — Prawdziwy łaskawca, czyż nie? — Niech wygra najlepszy.
Przez to, że praktycznie całe swoje życie spędził w Warowni, na dobrą sprawę wychowywał pośród doświadczonych pojedynkowiczów, jak i szermierzy. Chociaż ta druga tradycja została praktycznie zupełnie wyparta przez magiczną socjetę, tak Longbottomowie dalej kultywowali tę sztukę, być może licząc, że ta kiedyś wróci do łask. Może dlatego nie miał zbyt dużego problemu z tym, jak daleko znajduje się od przeciwnika? Każda pozycja na arenie miała swoje zalety, ale też wady. Wszystko zależało od tego, co człowiek był w stanie wykorzystać na swoją korzyść.
Chociaż pierwsze zaklęcie posłane przez Erika okazało się aż nader spektakularne, równie dużym zaskoczeniem okazała się zręczność Sauriela. Mężczyzna zdołał uskoczyć przed płonącą wstęgą i chociaż sporo ryzykował, tak w tym przypadku opłaciło mu się to; mógł co najwyżej poczuć przyjemne ciepło na policzku i zauważyć kilka ognistych iskierek wirujących w powietrzu. Poza tym nic mu nie groziło i mógł przejść do ataku.
I do ataku zresztą przystąpił, decydując się odpowiedzieć przy pomocy ataku żywiołem wody. Erik zdecydowanie nie zareagował najmądrzej. Mógł spróbować skontrować zaklęcie, rozproszyć je lub zaryzykować unik, jednak zamiast tego... Sięgnął po transmutację, która równie wiele razy mu pomogła, co i pokrzyżowała plany w trakcie boju.
— Przyłożyłeś...? — Uniósł brew, taksując uważnym wzrokiem sylwetkę swego towarzysza.
Nie przypominał sobie o tym, żeby siostra mu o tym wspominała, jednak z drugiej strony... Ona miała potworny zwyczaj trzymania pewnych informacji w tajemnicy, po czym wyciągnięcia ich na światło dzienne w formie niewinnej anegdoty lub nawiązania do innego wydarzenia. A skoro oboje dalej żyli i żadne z nich nie tkwiło w celu, to najwyraźniej wszystko skończyło się względnie... pozytywnie? Westchnął cicho.
— Wiesz, mógłbym powiedzieć, że jestem zobowiązany bronić honoru i dobrego imienia mej krewniaczki, jednak... Wiem, że Brenna potrafi sobie radzić. Nie będę więc wredny i podejdę do naszego pojedynku jak do każdego innego. — Prawdziwy łaskawca, czyż nie? — Niech wygra najlepszy.
Przez to, że praktycznie całe swoje życie spędził w Warowni, na dobrą sprawę wychowywał pośród doświadczonych pojedynkowiczów, jak i szermierzy. Chociaż ta druga tradycja została praktycznie zupełnie wyparta przez magiczną socjetę, tak Longbottomowie dalej kultywowali tę sztukę, być może licząc, że ta kiedyś wróci do łask. Może dlatego nie miał zbyt dużego problemu z tym, jak daleko znajduje się od przeciwnika? Każda pozycja na arenie miała swoje zalety, ale też wady. Wszystko zależało od tego, co człowiek był w stanie wykorzystać na swoją korzyść.
Chociaż pierwsze zaklęcie posłane przez Erika okazało się aż nader spektakularne, równie dużym zaskoczeniem okazała się zręczność Sauriela. Mężczyzna zdołał uskoczyć przed płonącą wstęgą i chociaż sporo ryzykował, tak w tym przypadku opłaciło mu się to; mógł co najwyżej poczuć przyjemne ciepło na policzku i zauważyć kilka ognistych iskierek wirujących w powietrzu. Poza tym nic mu nie groziło i mógł przejść do ataku.
I do ataku zresztą przystąpił, decydując się odpowiedzieć przy pomocy ataku żywiołem wody. Erik zdecydowanie nie zareagował najmądrzej. Mógł spróbować skontrować zaklęcie, rozproszyć je lub zaryzykować unik, jednak zamiast tego... Sięgnął po transmutację, która równie wiele razy mu pomogła, co i pokrzyżowała plany w trakcie boju.
(Transmutacja) Zmiana fali wody stworzonej przez Sauriela w rój motyli x1
Rzut N 1d100 - 10
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Za głupotę się płaci, pomyślał Erik, gdy zdał sobie sprawę, że nie zdołał odpowiednio szybko spleść swojego zaklęcia. Zalała go fala zimnej wody, która wstrząsnęła jego ciałem na tyle, że aż odleciał w tył, lądując na kolanach. Ubrania miał przemoczone, a w oczach zagościł szok od nagłej zmiany temperatur. Po pozbieraniu się do kupy, co zajęło mu parę cennych sekund, ponownie wycelował różdżką w Rookwooda, raz jeszcze postanawiając zawierzyć transmutacji.
(Transmutacja) Zmiana podłoża, żeby dywan pod Saurielem zaczął się zapadać, jak ruchome piaski x1
Rzut N 1d100 - 30
Akcja nieudana
Akcja nieudana
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞