Normalność mogła się zmieniać, ewoluować, przeradzać się – przecież relacje pomiędzy dwojgiem ludzi nigdy nie stały w miejscu. Victoria też nie chciała, żeby to się zmieniło na gorsze, cholera, to było ostatnie, czego chciała. Miała w życiu wystarczająco dużo złych emocji, a to z Saurielem, przy nim… Przecież nie było i nie miało być złe. Zgoda, z początku go nie znosiła, ale później dali sobie szansę się poznać i wyszło na to, że nie są dla siebie wzajemnie wcale tacy źli. Ona zaczęła dbać o niego, on o nią, to często były małe gesty, ale były… Ten cholerny rytuał Beltane namieszał tak bardzo… Ale w sumie czy zmienił w ich odczuciach rzeczywiście cokolwiek? Victoria, patrząc na siebie, sądziła, że nie. A patrząc teraz, tu i teraz na Sauriela, zaczynała uważać, że w nim również nie. Że wywołał jedynie ochotę na stawanie okoniem i udowadnianie wszem i wobec, a zwłaszcza sobie, że nikt mu nie będzie mówić, co ma czuć i jak żyć.
– Jak sobie życzysz – o tak, taki wielki hak… bo trzymał w gębie śmieszny kamyk powstały w żołądku lamy. Victoria zawinęła usta i przygryzła je w ten sposób, próbując się bardziej nie roześmiać, za to cały czas patrzyła się na Sauriela, kierując oczy ku górze. – I tak kiedyś nie wytrzymasz i sprawdzisz – czy robiła to teraz celowo? A i owszem, drażniła się z nim dla zabawy, przekornie, choć wierzyła, że to taki niewinny żarcik. I dla rozładowania choć odrobinę tej dziwacznej atmosfery. Żeby pokazać mu, że nadal może być normalnie i że to nic nie zmienia… Co prawda zmieniało to wszystko, ale raczej w ten dobry sposób? Że nie będzie gorzej.
– Różnie bywa – lekko wzruszyła ramionami i spojrzała w bok, jakby szukała tam ratunku. Powiedziałaby, że Sauriel w ogóle nie jest debilem, bo go za takiego nie uważała, z drugiej strony niczym ten debil uciekał wtedy, kiedy nie trzeba i tylko pogarszał sytuację. Oboje już tego skosztowali – tej ucieczki z obu stron i jak to się skończyło? Źle, prawie tragicznie. W tym podziękowaniu zaklęte było też „za to, że nie uciekłeś”, czego nie odważyła się powiedzieć na głos. Nieco nieśmiało znowu spojrzała na niego, kiedy i on mówił o wzajemności. Dużo tutaj było tej wzajemności, tylko jakoś na co dzień brakowało okazji? Odwagi? By o tym mówić. Ale teraz trochę kart poleciało na stół. Kawa na ławę? Wóz albo przewóz? Victoria tak nie uważała, ale pewne rzeczy powiedzieć należało, inne zaś… Do innych wcale nie trzeba było się spieszyć. – To jest ważne – powiedziała cicho i krótko przebiegła wzrokiem przez sylwetkę wampira. – Okej, wiem. Ja też się o ciebie boję, to chyba dość normalne? – zwłaszcza w świecie, w którym przyszło im żyć? – Powiedziałabym, żebyś się o mnie nie bał, bo umiem o siebie zadbać, ale wiem, że to tak nie działa – czy to odsuwanie jej dlatego, że chciał ją chronić, w ogóle cokolwiek dawało? Czy działało? Cholera, i bez tego była aurorką, która wlazła do Limbo i tam stanęła przeciwko Voldemortowi i jego sługom. – Nie chciałabym po prostu, żeby ten strach… żeby on… Żeby cię pochłaniał. Z nim zawsze można walczyć – cholera, chciała mu zajrzeć w oczy, wiedzieć, czy rozumie, co próbuje mu powiedzieć: żeby z tego strachu nie podejmował takich dziwnych decyzji, których ni cholery nie rozumiała, co wcale nie chroniło nikogo przed niczym. Chciała go też potrzymać za ręce, poczuć pewnego rodzaju bliskość, ale nie przełamała tego dystansu i potrzeby Sauriela, żeby się odrobinę wycofać. Coś za to zawsze w niej drgało, kiedy mówił do niej w ten sposób: miękko, Różyczko. Kiedyś myślała, że to określenie do niej nie pasuje, ale z biegiem czasu… Był to chyba jedyny kwiat, którego nazwę Sauriel znał. I teraz też miała ten naszyjnik, który wybrał i kupił dla niej Sauriel, na sobie. – Będę uważać, nie martw się – a czego Joseph nie widział… Być może na korzyść grało tutaj to, że Sauriel niektóre dni spędzał u niej w domu z kotami, a nie w rezydencji Rookwoodów?