13.08.2024, 10:15 ✶
Było coś ryzykownego w geście, który zrobił, bo przecież miał świadomość, że boginy zmieniają się z czasem. Mogło nieoczekiwanie okazać się, że oczom obu mężczyzn ukaże się coś innego. Ktoś inny. Taki, który wcale nie jest martwy, ale chłodny, zdystansowany, pozbawiony serca i radosnych iskier w złocistych z perspektywy Shafiqa oczach. Czy to był jego strach? Największy strach? Była pewna przewrotność w tej obawie, bowiem w koszmarach, które nawiedzały Anthony'ego, postać odchodziła bez słowa, a przecież bogin musiał się przybliżać. Jak mógłby pokazać odejście? Zniknięcie? Odrzucenie?
Postać na wózku - sparaliżowana, niedołężna, na wskroś zależna była jak stary dobry znajomy. Oczywiście bał się jej, czuł to w kręgosłupie, czuł w zimnym pocie mimowolnie pojawiającym się na dłoniach. Ale nie przykładał do tego aż takiej uwagi - to tylko reakcja ciała.
– Mm... – niby się zastanawiał, ale szybko zmarszczył nos i pokręcił głową zaprzeczając. Jego babcia Parkinson w żaden sposób by nie rozbawiła. Miał lepszy sposób. Własny. – Wiesz, w zdrowym ciele zdrowy duch, a skoro temu tam nie chciało się ćwiczyć, to chociaż niech zostanie kibicem. – zwrócił się w kierunku kaleki, po czym machnięciem różdżki obłożył go nagle toną merdżu. Do wózka przyczepiona została miotła, stara koszula zamieniła się w... czarną obszytą złocistymi pasami. W podobnej kolorystyce była kołatka, mnóstwo serpentyn i lew. Ogromna czapka imitująca głowę lwa zakrywająca wściekłe stalowe oczy, które absolutnie nie chciały zostać kibicem... Gryffindoru? Kolejne machnięcie różdżką wprawiło wózek w ruch kołowy, rozbijając go o walizki i kufry, paczki i pakuneczki. Wkoło zaczęły śmigać świetliste piłki, aż nagle w bogina wpadł złocisty znicz i rozbryzgnął się iskrami.
Anthony śmiał się serdecznie, śmiechem niewymuszonym i zaraźliwym. Zdało się, że nawet torturuje nim stworzenie chwilę dłużej niż powinien, nim w końcu padło wyczekiwane:
– Riddikulus! – zgniatające bogina i odsyłające go do jego skrytki.
Mężczyzna wyprostował się i odwrócił do siostrzeńca z szerokim uśmiechem na twarzy.
– O to właśnie mi chodziło. Bezpieczne dotykanie krańcowych emocji zawsze poprawia humor – mówił z przekonaniem, choć mina Jaspera wskazywała na coś innego. Oblicze Anthony'ego momentalnie złagodniało, dłonią zmierzwił włosy chłopaka. – Chodź, wracajmy do ogrodów, zapraszam Cię na śniadanie. Odkryłem ostatnio bardzo interesującą cukiernię sygnowaną co prawda kocim rodem, ale szczęśliwie w produktach, które od nich dostaję nie ma sierści. Zjemy w ogrodzie, żeby nie nękać wuja, dobrze? I opowiem Ci o Kambodży... bo chcesz jechać do Azji, prawda? – zapytał tonem, który sugerował, że żart o Kambodży leżącej w Afryce troszkę już mu się przejadł.
Objął chłopaka i wrócili z piwnicy i z opuszczonego zameczku, do jasnego przyjemnego ogrodu, gdzie nawet rozległy basen zdecydowanie nie mógł być mieszkaniem dla żadnego utopca. Na szczęście!
Postać na wózku - sparaliżowana, niedołężna, na wskroś zależna była jak stary dobry znajomy. Oczywiście bał się jej, czuł to w kręgosłupie, czuł w zimnym pocie mimowolnie pojawiającym się na dłoniach. Ale nie przykładał do tego aż takiej uwagi - to tylko reakcja ciała.
– Mm... – niby się zastanawiał, ale szybko zmarszczył nos i pokręcił głową zaprzeczając. Jego babcia Parkinson w żaden sposób by nie rozbawiła. Miał lepszy sposób. Własny. – Wiesz, w zdrowym ciele zdrowy duch, a skoro temu tam nie chciało się ćwiczyć, to chociaż niech zostanie kibicem. – zwrócił się w kierunku kaleki, po czym machnięciem różdżki obłożył go nagle toną merdżu. Do wózka przyczepiona została miotła, stara koszula zamieniła się w... czarną obszytą złocistymi pasami. W podobnej kolorystyce była kołatka, mnóstwo serpentyn i lew. Ogromna czapka imitująca głowę lwa zakrywająca wściekłe stalowe oczy, które absolutnie nie chciały zostać kibicem... Gryffindoru? Kolejne machnięcie różdżką wprawiło wózek w ruch kołowy, rozbijając go o walizki i kufry, paczki i pakuneczki. Wkoło zaczęły śmigać świetliste piłki, aż nagle w bogina wpadł złocisty znicz i rozbryzgnął się iskrami.
Anthony śmiał się serdecznie, śmiechem niewymuszonym i zaraźliwym. Zdało się, że nawet torturuje nim stworzenie chwilę dłużej niż powinien, nim w końcu padło wyczekiwane:
– Riddikulus! – zgniatające bogina i odsyłające go do jego skrytki.
Mężczyzna wyprostował się i odwrócił do siostrzeńca z szerokim uśmiechem na twarzy.
– O to właśnie mi chodziło. Bezpieczne dotykanie krańcowych emocji zawsze poprawia humor – mówił z przekonaniem, choć mina Jaspera wskazywała na coś innego. Oblicze Anthony'ego momentalnie złagodniało, dłonią zmierzwił włosy chłopaka. – Chodź, wracajmy do ogrodów, zapraszam Cię na śniadanie. Odkryłem ostatnio bardzo interesującą cukiernię sygnowaną co prawda kocim rodem, ale szczęśliwie w produktach, które od nich dostaję nie ma sierści. Zjemy w ogrodzie, żeby nie nękać wuja, dobrze? I opowiem Ci o Kambodży... bo chcesz jechać do Azji, prawda? – zapytał tonem, który sugerował, że żart o Kambodży leżącej w Afryce troszkę już mu się przejadł.
Objął chłopaka i wrócili z piwnicy i z opuszczonego zameczku, do jasnego przyjemnego ogrodu, gdzie nawet rozległy basen zdecydowanie nie mógł być mieszkaniem dla żadnego utopca. Na szczęście!
Koniec sesji