13.08.2024, 11:31 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.08.2024, 22:37 przez Anthony Shafiq.)
Aury i nici bywały kapryśne, bywały chwiejne, jeśli osoba, której życiową postawę i uczucia reprezentowały nie wiedziała kim jest dla samej siebie i dla innych. Anthony niebywale rzadko pozwalał podejrzeć otaczający go świat kolorów, ale widok ich - zgodnie z intencją oklumenty odpuszczającego swoje ochronne bariery - mógł koić stałością. Jak mógłby zacząć być kim innym? Jak mógłby czuć co innego względem swojego przyjaciela, skoro ten potrzebował pomocy?
– Hrabia Fenalik? – Ściągnął brwi w zaskoczeniu, nie spuszczając stalowych tęczówek z Jonathana, zupełnie jakby chciał ominąć słowa, które musiały między nimi paść, jakby chciał przeniknąć do zastraszonego umysłu i sczytać wszystko od razu, poznać wszystkie odpowiedzi jak najprędzej. Wciąż pozostawał w szoku co do płci jego dawnego kochanka, a teraz informacja o tym, że mógłby to być ekscentryczny wampir, z którym niejeden kieliszek wina wypił podczas służby we Francji... Z którym się widział kilka miesięcy temu, kiedy odwiedzał swoją winnicę...
– To znaczy... tak na niego mówiliśmy w ambasadzie, chodzi Ci... chodzi Ci o Jeana Baptiste'a? Tak? – To było trudne do uwierzenia pod tym względem, że Anthony zapamiętał go jako przyjemne ubarwienie bankietów, nie zaś predatora grożącego najbliższym. Grożącego Jonathanowi. Nie zamierzał jednak kwestionować opinii i strachu Selwyna, nabijać się z niego, sugerować, że źle zrozumiał. Znał go od lat, pracował z nim, śmiał się i płakał. Rozumiał, że jeśli w jego ocenie wampirzy hrabia jest zagrożeniem... to tak właśnie jest. Cały czas jednak pozostawał w szoku na te rewelacje.
– A wiesz...– powiedział nagle głucho, uciekając wzrokiem za swojego zastępcę, ku patrzącym na nich witrażowym syrenom. – Bywały takie przyjęcia, zwłaszcza bale maskowe, gdzie mylono nas ze sobą. Rochefoucauld był świetny w imitowaniu brytyjskiego akcentu. – Nagle wspomniana wcześniej niedoszła randka, wspomniane odkrywanie shafiqowego "typu" zdały się zderzać ze sobą w oczywistej konkluzji.
Anthony westchnął i przysiadł na profilowanym schodku, tuż przy wyjściu z basenu. Ujął swoją twarz w dłonie, chłonąć relaksacyjne olejki, którym potraktowali kąpiel dedykowanom zwierzeniom. Nie takich zwierzeń się spodziewał, choć gdzieś mimo natłoku tych wszystkich rewelacji zdawał sobie sprawę, że to dalej się nie wyklucza.
– ...a wystarczyłoby, żebyś nie zignorował mojej walentynki w 47 – wyrzucił z siebie w oparach absurdu, skoro już tak ochoczo przyznawali się do różnych sekretów ciążących na sercu.
– Hrabia Fenalik? – Ściągnął brwi w zaskoczeniu, nie spuszczając stalowych tęczówek z Jonathana, zupełnie jakby chciał ominąć słowa, które musiały między nimi paść, jakby chciał przeniknąć do zastraszonego umysłu i sczytać wszystko od razu, poznać wszystkie odpowiedzi jak najprędzej. Wciąż pozostawał w szoku co do płci jego dawnego kochanka, a teraz informacja o tym, że mógłby to być ekscentryczny wampir, z którym niejeden kieliszek wina wypił podczas służby we Francji... Z którym się widział kilka miesięcy temu, kiedy odwiedzał swoją winnicę...
– To znaczy... tak na niego mówiliśmy w ambasadzie, chodzi Ci... chodzi Ci o Jeana Baptiste'a? Tak? – To było trudne do uwierzenia pod tym względem, że Anthony zapamiętał go jako przyjemne ubarwienie bankietów, nie zaś predatora grożącego najbliższym. Grożącego Jonathanowi. Nie zamierzał jednak kwestionować opinii i strachu Selwyna, nabijać się z niego, sugerować, że źle zrozumiał. Znał go od lat, pracował z nim, śmiał się i płakał. Rozumiał, że jeśli w jego ocenie wampirzy hrabia jest zagrożeniem... to tak właśnie jest. Cały czas jednak pozostawał w szoku na te rewelacje.
– A wiesz...– powiedział nagle głucho, uciekając wzrokiem za swojego zastępcę, ku patrzącym na nich witrażowym syrenom. – Bywały takie przyjęcia, zwłaszcza bale maskowe, gdzie mylono nas ze sobą. Rochefoucauld był świetny w imitowaniu brytyjskiego akcentu. – Nagle wspomniana wcześniej niedoszła randka, wspomniane odkrywanie shafiqowego "typu" zdały się zderzać ze sobą w oczywistej konkluzji.
Anthony westchnął i przysiadł na profilowanym schodku, tuż przy wyjściu z basenu. Ujął swoją twarz w dłonie, chłonąć relaksacyjne olejki, którym potraktowali kąpiel dedykowanom zwierzeniom. Nie takich zwierzeń się spodziewał, choć gdzieś mimo natłoku tych wszystkich rewelacji zdawał sobie sprawę, że to dalej się nie wyklucza.
– ...a wystarczyłoby, żebyś nie zignorował mojej walentynki w 47 – wyrzucił z siebie w oparach absurdu, skoro już tak ochoczo przyznawali się do różnych sekretów ciążących na sercu.