13.08.2024, 12:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.09.2024, 10:17 przez Anthony Shafiq.)
Sztuka, dobra sztuka miała jeden cel, który lśnił jak moneta posiadająca swój awers i rewers. Sztuka miała przynosić spokój rozognionym umysłom i wytrącać z równowagi ułożone dusze. Lorraine drżała w ogniu który naprzemiennie spalał ją i popielił, nie widział w niej szumiącej, przepływającej emocjonalnej wody, a szarość popiołu właśnie, z którego odradzała się w bieli tylko po to, by spłonąć znów, duszącym, lepiącym wspomnieniem dawnej świetności.
Coś w jej głosie, w jej wybuchu, w tym żarze który wywołał kilkoma ledwie słowami, coś wzbudziło w nim poczucie familiarności do powiewów chaotycznego wiatru, który istniał, choć nie powinien mieć miejsca. Szarpiąca się dziecina wzniecała w nim potrzebę wyciągnięcia ręki, nawet jeśli był pewien, że jeśli ujrzy pochyloną sylwetkę i pomocną dłoń, rzuci się z ostrymi jak ostrza japońskich noży zębiskami i użre ją na wysokości łokcia. Zraniona istota. Osamotniona. Takie lubił najbardziej, kruche, potrzebujące wsparcia, na których długich szyjach później można złożyć obrożę lojalności i posłuszeństwa - miękką i trwałą, przyjemnie skuteczną.
– Czy nie zabrałaś nas na wyspę, która właśnie do umarłych należy? Czy to wszystko co nas otacza, sztuka, którą degustujemy – finezyjnym gestem wskazał na książki, obrazy, na postument z niewielką rzeźbą, ale myśli jego uciekały i do muzealnej działalności oper i filharmonii, które zwykły grać kompozycje tych, o których mówił, a które ona negowała – to wszystko epitafia, ledwie wspomnienia dawnej chwały, żyć, których nici dawno zostały przecięte. Nawet wino, którym oblewamy podniebienia, w których szukamy poezji i wspomnień, nawet ono jest konglomeratem martwych gron, brutalnie odebranych matce, zgniecionych, sfermentowanych w zbiorowej mogile ukrytej głęboko pod ziemią. – Jego ton nie zmieniał się, wciąż był słoneczny, pogodny, pogodzony z kolejami losu. Irytujący w stoicyzmie, który przed nią roztaczał. W chłodnej kalkulacji. Czy rzeczywiście blisko było mu do Orfeusza? Sam miał inne preferencje, których jednak nie zamierzał odsłaniać podczas ich pierwszego spotkania, nawet takiego nabrzmiałego artystyczną egzaltacją, którą pomimo prezentowanego chłodu otulał się jak przednim kaszmirowym pledem.
Umilkł na moment, grając z nią ciszą, przestrzenią wysyconą wibrującą myślą nawet wtedy, gdy żadna z nich nie przyjmowała postaci wybrzmiewającej w powietrzu dźwiękowej fali.
– Cokolwiek chcieli uratować, obaj ponieśli porażkę. Czy jest więc sens roztrząsać i wartościować ich cele? – zapytał w końcu, mówiąc tak, jakby proponował obiad i prosił o wybór restauracji.
Coś w jej głosie, w jej wybuchu, w tym żarze który wywołał kilkoma ledwie słowami, coś wzbudziło w nim poczucie familiarności do powiewów chaotycznego wiatru, który istniał, choć nie powinien mieć miejsca. Szarpiąca się dziecina wzniecała w nim potrzebę wyciągnięcia ręki, nawet jeśli był pewien, że jeśli ujrzy pochyloną sylwetkę i pomocną dłoń, rzuci się z ostrymi jak ostrza japońskich noży zębiskami i użre ją na wysokości łokcia. Zraniona istota. Osamotniona. Takie lubił najbardziej, kruche, potrzebujące wsparcia, na których długich szyjach później można złożyć obrożę lojalności i posłuszeństwa - miękką i trwałą, przyjemnie skuteczną.
– Czy nie zabrałaś nas na wyspę, która właśnie do umarłych należy? Czy to wszystko co nas otacza, sztuka, którą degustujemy – finezyjnym gestem wskazał na książki, obrazy, na postument z niewielką rzeźbą, ale myśli jego uciekały i do muzealnej działalności oper i filharmonii, które zwykły grać kompozycje tych, o których mówił, a które ona negowała – to wszystko epitafia, ledwie wspomnienia dawnej chwały, żyć, których nici dawno zostały przecięte. Nawet wino, którym oblewamy podniebienia, w których szukamy poezji i wspomnień, nawet ono jest konglomeratem martwych gron, brutalnie odebranych matce, zgniecionych, sfermentowanych w zbiorowej mogile ukrytej głęboko pod ziemią. – Jego ton nie zmieniał się, wciąż był słoneczny, pogodny, pogodzony z kolejami losu. Irytujący w stoicyzmie, który przed nią roztaczał. W chłodnej kalkulacji. Czy rzeczywiście blisko było mu do Orfeusza? Sam miał inne preferencje, których jednak nie zamierzał odsłaniać podczas ich pierwszego spotkania, nawet takiego nabrzmiałego artystyczną egzaltacją, którą pomimo prezentowanego chłodu otulał się jak przednim kaszmirowym pledem.
Umilkł na moment, grając z nią ciszą, przestrzenią wysyconą wibrującą myślą nawet wtedy, gdy żadna z nich nie przyjmowała postaci wybrzmiewającej w powietrzu dźwiękowej fali.
– Cokolwiek chcieli uratować, obaj ponieśli porażkę. Czy jest więc sens roztrząsać i wartościować ich cele? – zapytał w końcu, mówiąc tak, jakby proponował obiad i prosił o wybór restauracji.