Zgadzała się z tym, że Sauriel, gdyby chciał, to mógłby pracować w brygadzie i prawdę mówiąc to by do niego bardzo pasowało. Z tym jego łbem do wszystkich formułek, z kondycją, tym, że się nie męczył i nie spał – nocki mogłyby być jego i uważała, że byłby w tym bardzo skuteczny. I zarabiałby niemało. Gdyby tylko chciał… ale Sauriel był leniwym kotem.
– Nie, na szczęście nie – ale pewnie by się coś stało, gdyby nie jej przewrażliwienie. Jej, Brenny, jego siostry… Bo mogło się to skończyć naprawdę różnie. Może niekoniecznie fizyczną krzywdą Laurenta, ale na pewno psychiczną.
Tak, lepiej dla Stanleya, że nie wiedziała nic o jakże sprytnym i mądrym planie wysyłania „anonimów” do Brenny. O, tu nastąpiłby kolejny wykład, który zostałby zwieńczony tym, że Victoria to by wymyśliła Stanleyowi kilka różnych zajęć i zadań do zrobienia, byle mu tylko wybić te durnoty z głowy. Skąd on to w ogóle brał? Jak ktoś taki był milimetr od awansu na aurora? Przecież nie był głupi! A jednak czasami zachowywał się jakby gdzieś tam któraś klepka nie do końca stykała. I przy tym rzeczywiście zachowywał się trochę jak ten zieciak, którego znała ze szkoły, przy czym „nie biegaj” to była najmniejsza z uwag, jakie mógł usłyszeć. Najzabawniej było, kiedy z innymi Ślizgonami siedzieli w rogu pokoju i knuli, a za ich plecami, niczym ten demon, nagle materializowała się Victoria z cichym „odrobiliście już zadanie domowe?” na ustach. Wcale nie potrzebowała umiejętności czytania w myślach, by wiedzieć, że nie odrobili jej wcale. Ale to nie tak, że tylko psuła im zabawę – czasami z westchnieniem i zrezygnowaniem, czasami bez nich, po prostu im te zadania domowe sprawdzała i mówiła co dopisać, albo w której książce poszukać właściwych informacji. A potem znikała bez słowa, by kiedyś znowu pojawić się w najmniej odpowiednim momencie.
Ale Stanley był dość prosty w obsłudze jakby nie patrzeć. Wystarczyła mała groźba tutaj, niewinny uśmieszek tam, przypomnienie, że Victoria zawsze mogła rzucić na Borgina Upiorogacek, jak się nie będzie zachowywał iii już grzecznie odmaszerował do łazienki. Lestrange chwilę w ciszy obserwowała drzwi, nasłuchując czy zabrał się do roboty, czy może za chwilę drzwi znowu się otworzą, po czym wróciła do zabawy z małym, atencyjnym kiciusiem, który podskakiwał i domagał się zabawy. W tym czasie Kwiatusek też pojawił się na schodach i przysiadł sobie na górze na ich końcu, obserwując wszystko z odległości. Widać było, że ten kot nie czuł się tu jeszcze do końca swobodnie i Victoria nie mogła się dziwić, był tu dopiero dzień. Dawała mu przy tym przestrzeń, by mógł jej dom eksplorować na własnych warunkach.
– Bardzo ładnie, Stanley – pochwaliła go, kiedy wyszedł z łazienki i zaprezentował swój uśmiech reklamowy. – Mógłbyś pracować jako model – gdyby inaczej pokierował swoimi wyborami życiowymi to znaczy. Victoria z zadowoleniem przyjęła do wiadomości, że jej obrzydliwy eliksir spełnił swoje zadanie śpiewająco i że dało się pozbyć tego czarnego, smolistego nalotu na zębach Stanleya. A co się tyczyło biznesu… – Potrzebuję małej pomocy, to rodzinna sprawa, nie martw się, nic związanego z pracą – jakby przyszło mu to do głowy, to wolała to wyjaśnić już teraz. – Wiem, że moja babcia robiła interesy z twoją rodziną, przekazała mi nawet wiadomość, że gdyby któreś z przedmiotów nawaliło, to mam się do was zgłosić – oparła się jedną dłonią o poręcz schodów znajdujących się obok, parząc uważnie na Stanleya. – Dorwałam się do jej wspomnienia i czegoś szukam. Mogłabym pewnie zapytać moją matkę, ale jakby ci to powiedzieć, nie dogadujemy się ze sobą ostatnio za dobrze – co prawda przynajmniej już znowu ze sobą rozmawiały, ale atmosfera nadal była pomiędzy nimi napięta. – Byłbyś w stanie się dowiedzieć, czy coś, co zamówiła, zostało w ogóle wykonane i przekazane w jej ręce? To raczej dość stara sprawa, moja babcia od dawna nie żyje – liczyła na to, że Borginowie może prowadzili jakieś stare rejestry, albo może nestor rodu może mieć o tym wiedzę, może coś pamiętał, kojarzył, cokolwiek…