Tak, ten spokój... Ten spokój był od niego wyczuwalny nieustannie, tylko przybierał różne barwy. Jak skóra węża, co mieni się w blasku słońca przechodząc z zieleni do fioletu, muskając niebieskie barwy i staczając się gdzieś w żółć. Te zmiany były tak subtelne, że ktoś by powiedział: ale przecież to nadal jest zielony. W fantazyjnym umyśle Laurenta ten koloryt nie mógł być taki płaski, bo nie uwierzyłby, że człowiek przed nim to jednopoziomowa płaszczyzna zadufanego w sobie megalomana. Przypominał mu Edwarda. Różnica w kolorystyce była więc taka, że tak jak na początku prawie czuł czerwień, nie prowokacyjną, a ostrzegającą, tak teraz rzeczywiście łapał nitki zieleni. Koloru spokoju. Tego, którym malowano szpitalne korytarze i którego używano w gabinetach terapeutów w postaci roślin, żeby pacjent czuł się swobodniej. Pomyśl o czymś miłym i spróbuj nie wyobrazić sobie przy okazji łąki. Drzew. Myśli Laurenta powędrowałyby najpierw do koloru niebieskiego. Koloru smutku. Wszystko przez to, że morze i oceany przybierały się w takie szaty, choć woda była przejrzysta. Zaraz później pomyślałby o puszczy New Forest i tym, jak cudownie było, gdy żaden człowiek nie oddychał obok ciebie. Przynajmniej przez kilka chwil mógłby się tym sycić, zanim przypomniałby sobie, że bez czyjego oddechu na swojej szyi był zupełnie nikim.
Próbował wibrować pozytywnie i nie były to próby czcze, bo z pozycji kontrofensywnej, jaką przybrał wchodząc do tego gabinetu w pierwszej styczności z Dolohovem, w której słuchał go jednym uchem, ale zaćmiony wydarzeniami końca lipca umysł nie rejestrował wypowiedzi, do momentu, w którym sam próbował... wyczuć te wibracje. Załapać ich rytm. Drapiące rozdrażnienie mogło sunąć z prostego faktu - ten człowiek był poza jego zasięgiem. A każdy, kto był poza jego zasięgiem i dodatkowo był uzbrojony w wiedzę, której nie życzył sobie, by posiadały osoby nieznajome, nie wpisywał się w listę specjalnych sympatii Prewetta. Wpisywał się w listę osób, z którymi nie wiedział, jak się obchodzić. A skoro nie wiedział - musiał się dowiedzieć. Przecież do każdej kłódki był klucz. Do każdego człowieka było dojście. Nie wszystkie kłódki powinno się jednak otwierać - i nie wszystkie osoby składać jak puzzle.
- Emocje są skomplikowane, a komplikują się tym bardziej, kiedy jest się jednostronnie rozbieranym na części pierwsze. - Wyszedł naprzeciwko stwierdzenia, a potem zadanego pytania. Śliczny uśmiech. Czarujący - i może zbyt czarujący jak na gusta selkie, która miała złą słabość do starszych dżentelmenów. Przyniosło mu to jak dotąd same kłopoty i wyniszczenie. Dziwne? Ani trochę. Sam był sobie winien - swojej głupocie i słabości, swojej naiwności i pragnieniom. - Ach tak? Lubi pan słuchać o emocjach? - Chciał powiedzieć, swoim zwyczajem, że nie posądzałby go o to i strzelić w to stwierdzenie... ale wcale nie był taki pewien. Vakel brzmiał teraz tak, jakby tomik poezji Goethe pasował idealnie do jego dłoni jesiennym wieczorem, z wyciągniętymi nogami na podnóżek, z filiżanką herbaty w dłoni. Wyobraźnia blondyna miała jednak duże skłonności do szaleństw. Tak jak teraz chciał powiedzieć, że właściwie powiedziałby, że swojej intuicji zawdzięczał karierę, ale to przecież było wiele więcej czynników. - Wyciągnąłbym na przyszłość wnioski, żeby w takim razie unikać posiadaczy tej genetyki, ale po co byłaby mi ta ostrożność - przecież drugiej takiej osoby nie spotkam. - Uśmiechnął się delikatnie, anielsko. Nie był wcale pewien, czy kupował sobie czas, czy może Vakel kupował go dla niego. Ale narcystycznie musiał sobie dać kilka punktów - chociażby tylko po to, żeby samemu sobie pomóc się uspokoić. - Dobrze, więc... proszę wybaczyć, ale nie rozumiem zupełnie tej części o ojcach i liderach. Rozumiem metaforę maski, o ile to jest metafora, a nie specjalistyczne określenie niekoniecznie zrozumiałe dla laika, ale dalsza część jest dla mnie konfundująca. - Żaden z niego ojciec nie był... CHYBA. CHYBA ŻE o czymś nie wiedział i nie chciał się teraz nagle dowiedzieć, ale jedyne dwie kobiety, które go do siebie przyciągnęły, miały się dobrze i w żadnej ciąży nie były.