14.08.2024, 05:28 ✶
odpowiadam do poprzedniej kolejki -> rysunki aurory
Było coś fascynującego w tym, że ktoś pokroju Erika przygruchał sobie kogoś takiego jak Geraldine. I nie chodziło tutaj o jakiekolwiek romantyczne zainteresowanie, bo to ewidentnie między nimi nie istniało, no chyba że bawiły ich specyficzne zabawy z Hardwickiem w roli głównej. Yaxley zwyczajnie wyglądała, jakby w tej relacji tłamsiła nieszczęsnego Longbottoma, w jakiś sposób uważając że ten nie był w stanie z odpowiednią ikrą prezentować się przed kimkolwiek. A zdaniem Atreusa Erik, nawet jeśli wydawał się łagodny czy na swój sposób potulny, doskonale potrafił o siebie zadbać.
Bulstrode uśmiechnął się do blondynki grzecznie, niekoniecznie gotowy zgodzić się z nią, że byli z odpowiednich rodzin. Jeśli liczył się sam status zawarty w dokumentach i śledzący poziom rozrzedzenia, albo raczej jego brak, wtedy owszem - doskonale się dopasowali. Jeśli jednak chodziło o dopasowanie na poziomie rodzinnego temperamentu to pasowali do siebie jak pięść do nosa. Gdyby ktoś się go spytał o absolutnie szczerą opinię, a on z jakiegoś powodu nie mógłby kłamać to z ochotą przyrównałby Yaxleyów do rozwrzeszczanych troglodytów, którzy w trakcie ewolucji zbyt ukochali sobie broń ostrą i rozwiązywanie problemów pięściami bez grama pomyślunku. Longbottomowie natomiast, może i bawili się w pojedynki, ale podkreślenia kontrastu nie latali po lasach miotając bełtami we wszystko co się rusza, tylko organizowali charytatywne bale i byli zwyczajnie do rany przyłóż tym wszystkim pokrzywdzonym mniejszościom.
- Trzymam za słowo - uśmiech zmienił się na odrobinę kpiący, bo oczywiście że jej nie wierzył. Bo jakaż to musiałaby być okazja, żeby Thomasowi trafiła się aż taka okazja? Ba, czy on w ogóle chciałby się zabrać na tego typu imprezę? Bo Bulstrode oczami wyobraźni już widział poruszenie większe, niż wśród starych czystokrwistych cioteczek i mateczek wywołało wesele Perseusa Blacka. Byłyby szepty i krzywe spojrzenia, ale nawet niekoniecznie w kierunku bogu ducha winnego Hardwicka, co jego partnerki, której nie uratowałby nawet fakt, że wcześniej pojawiała się na takich przyjęciach pod rękę z Erikiem. Ale nie byłby sobą, gdyby jej w tym momencie chociaż odrobinę współczuł.
- Jak widzę najwyraźniej nie tak dobrze jak ty, ale może gwiazda z nieba spełni moje życzenie i jeszcze uda mi się to naprawić - rzucił rozbawiony, podając Thomasowi rękę na przywitanie. Wbrew temu jak podpuszczał Geraldine, to uważał brygadzistę za sympatycznego człowieka i nie życzył mu źle. Chociaż na to i tak już chyba było za późno, biorąc pod uwagę że interesował się Yaxleyówną - znaczy ze był już dawno stracony i niewiele dało się z tym zrobić. Pojawienie się Morpheusa skomentował tylko lekkim uniesieniem brwi, chociaż niekoniecznie wydawał się tym całym zajściem zaskoczony, bo wróżbici i jasnowidzowie mieli to do siebie, że wydawali mu się o wiele dziwniejsi niż inni posiadacze trzeciego oka.
Atreus uśmiechnął się jeszcze do Erika, kończąc wymianę zdań, a potem i odsuwając się od baru w poszukiwaniu Basiliusa, którego znalazł na kocykach sączącego piwo.
Słońce powoli podnosiło się na nowo, nasycając niebo różami i filetami, kiedy na zachodzie granat wciąż ospale czaił się gdzież nad samą linią horyzontu. Część gości zdążyła już zniknąć, inni sennie kiwali się na kocach, ale sam Atreus nawet nie czuł się senny. Był zmęczony, owszem, ale wynikało to raczej z dziwnego snu który mu się śnił i melodii, która w niego wprowadziła, a potem i z niego wyprowadziła. Kiedy teraz o tym myślał, miał wrażenie że już wcześniej słyszał te melodię, wpatrując się w pustą i ciemną taflę wody, nad którą udał się z Basiliusem. Melodię, która kojarzyła z majowymi obchodami Beltane, wesoło śpiewana przez domorosłych muzyków na sabatach lub roześmiane kapłanki. Idealna dla okazji, biorąc pod uwagę co zapoczątkowało całą tę serię zdarzeń, która zakończyła się pocałunkiem na plaży.
Zdążył już zabrać swoją miotłę, uwalniając ją ze stanu zarekwirowania chyba tylko dlatego, że w tym całym krajobrazie poranka i nadchodzących widmach powrotów do domów została zwyczajnie zapomniana. Trzymał ją teraz w jednej dłoni, stojąc obok stolika z wyłożonymi szkicami, które zostawiła Aurora, przeglądając leniwie jej dzieła sztuki. Były proste, ale skreślone wprawną ręką, z łatwością uchwycającą cechy charakterystyczne przedstawianych osób. Jeden z nich już schował do kieszeni, zawłaszczając sobie ilustrację z tańca wylosowanych par, a może był to ten wcześniejszy, który zaoferował Brennie po incydencie z wyścigiem miotlarskim? Nie był pewien, ale teraz inny zwrócił na siebie jego uwagę, przedstawiający jego i Basiliusa, grających w karty.
Było coś fascynującego w tym, że ktoś pokroju Erika przygruchał sobie kogoś takiego jak Geraldine. I nie chodziło tutaj o jakiekolwiek romantyczne zainteresowanie, bo to ewidentnie między nimi nie istniało, no chyba że bawiły ich specyficzne zabawy z Hardwickiem w roli głównej. Yaxley zwyczajnie wyglądała, jakby w tej relacji tłamsiła nieszczęsnego Longbottoma, w jakiś sposób uważając że ten nie był w stanie z odpowiednią ikrą prezentować się przed kimkolwiek. A zdaniem Atreusa Erik, nawet jeśli wydawał się łagodny czy na swój sposób potulny, doskonale potrafił o siebie zadbać.
Bulstrode uśmiechnął się do blondynki grzecznie, niekoniecznie gotowy zgodzić się z nią, że byli z odpowiednich rodzin. Jeśli liczył się sam status zawarty w dokumentach i śledzący poziom rozrzedzenia, albo raczej jego brak, wtedy owszem - doskonale się dopasowali. Jeśli jednak chodziło o dopasowanie na poziomie rodzinnego temperamentu to pasowali do siebie jak pięść do nosa. Gdyby ktoś się go spytał o absolutnie szczerą opinię, a on z jakiegoś powodu nie mógłby kłamać to z ochotą przyrównałby Yaxleyów do rozwrzeszczanych troglodytów, którzy w trakcie ewolucji zbyt ukochali sobie broń ostrą i rozwiązywanie problemów pięściami bez grama pomyślunku. Longbottomowie natomiast, może i bawili się w pojedynki, ale podkreślenia kontrastu nie latali po lasach miotając bełtami we wszystko co się rusza, tylko organizowali charytatywne bale i byli zwyczajnie do rany przyłóż tym wszystkim pokrzywdzonym mniejszościom.
- Trzymam za słowo - uśmiech zmienił się na odrobinę kpiący, bo oczywiście że jej nie wierzył. Bo jakaż to musiałaby być okazja, żeby Thomasowi trafiła się aż taka okazja? Ba, czy on w ogóle chciałby się zabrać na tego typu imprezę? Bo Bulstrode oczami wyobraźni już widział poruszenie większe, niż wśród starych czystokrwistych cioteczek i mateczek wywołało wesele Perseusa Blacka. Byłyby szepty i krzywe spojrzenia, ale nawet niekoniecznie w kierunku bogu ducha winnego Hardwicka, co jego partnerki, której nie uratowałby nawet fakt, że wcześniej pojawiała się na takich przyjęciach pod rękę z Erikiem. Ale nie byłby sobą, gdyby jej w tym momencie chociaż odrobinę współczuł.
- Jak widzę najwyraźniej nie tak dobrze jak ty, ale może gwiazda z nieba spełni moje życzenie i jeszcze uda mi się to naprawić - rzucił rozbawiony, podając Thomasowi rękę na przywitanie. Wbrew temu jak podpuszczał Geraldine, to uważał brygadzistę za sympatycznego człowieka i nie życzył mu źle. Chociaż na to i tak już chyba było za późno, biorąc pod uwagę że interesował się Yaxleyówną - znaczy ze był już dawno stracony i niewiele dało się z tym zrobić. Pojawienie się Morpheusa skomentował tylko lekkim uniesieniem brwi, chociaż niekoniecznie wydawał się tym całym zajściem zaskoczony, bo wróżbici i jasnowidzowie mieli to do siebie, że wydawali mu się o wiele dziwniejsi niż inni posiadacze trzeciego oka.
Atreus uśmiechnął się jeszcze do Erika, kończąc wymianę zdań, a potem i odsuwając się od baru w poszukiwaniu Basiliusa, którego znalazł na kocykach sączącego piwo.
Słońce powoli podnosiło się na nowo, nasycając niebo różami i filetami, kiedy na zachodzie granat wciąż ospale czaił się gdzież nad samą linią horyzontu. Część gości zdążyła już zniknąć, inni sennie kiwali się na kocach, ale sam Atreus nawet nie czuł się senny. Był zmęczony, owszem, ale wynikało to raczej z dziwnego snu który mu się śnił i melodii, która w niego wprowadziła, a potem i z niego wyprowadziła. Kiedy teraz o tym myślał, miał wrażenie że już wcześniej słyszał te melodię, wpatrując się w pustą i ciemną taflę wody, nad którą udał się z Basiliusem. Melodię, która kojarzyła z majowymi obchodami Beltane, wesoło śpiewana przez domorosłych muzyków na sabatach lub roześmiane kapłanki. Idealna dla okazji, biorąc pod uwagę co zapoczątkowało całą tę serię zdarzeń, która zakończyła się pocałunkiem na plaży.
Zdążył już zabrać swoją miotłę, uwalniając ją ze stanu zarekwirowania chyba tylko dlatego, że w tym całym krajobrazie poranka i nadchodzących widmach powrotów do domów została zwyczajnie zapomniana. Trzymał ją teraz w jednej dłoni, stojąc obok stolika z wyłożonymi szkicami, które zostawiła Aurora, przeglądając leniwie jej dzieła sztuki. Były proste, ale skreślone wprawną ręką, z łatwością uchwycającą cechy charakterystyczne przedstawianych osób. Jeden z nich już schował do kieszeni, zawłaszczając sobie ilustrację z tańca wylosowanych par, a może był to ten wcześniejszy, który zaoferował Brennie po incydencie z wyścigiem miotlarskim? Nie był pewien, ale teraz inny zwrócił na siebie jego uwagę, przedstawiający jego i Basiliusa, grających w karty.