14.08.2024, 11:13 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.08.2024, 20:41 przez Brenna Longbottom.)
Końcówka z nocy -> rano siedzę sobie na piasku
Posłała jeszcze Basiliusowi trochę przepraszające spojrzenie, jakby to naprawdę była jej wina, ale chyba powinni się cieszyć, że po prostu zrzucił parę rzeczy z tacy, a nie wpadł do jakiejś dziury albo do morza, albo któreś z nich spadło z klifów. A potem wróciła jeszcze do krążenia pomiędzy gośćmi, tu komuś oferując kanapkę, tam boczek, gdzie indziej przystając, żeby zamienić parę słów albo zachęcić do tańca, czyli to wszystko, co zwykle robi się na takich przyjęciach. Dostrzegła w międzyczasie nagłe zniknięcie Sama, i zaniepokoiło ją to na tyle, że już – już miała ruszyć do Nory, ale najwyraźniej i ta postanowiła wcześniej opuścić zabawę, a Brenna po chwili wahania uznała, że nie będzie jej ścigać, Sama zaś… spróbuje dopaść rano, gdy opuszczą zabawę.
Na jakiś czas znikła i z terenu imprezy – ale większość osób przynajmniej raz wybrała się na klify czy wzdłuż plaży, a było już na tyle późno, że wątpiła, by ktoś zauważył jej nieobecność.
Gdy gwiazdy spadały nad jej głową, pomyślała, że najbardziej chciałaby prosić je o bezpieczeństwo tu zgromadzonych - ale jeżeli to byłoby za wiele... to przynajmniej jakiegoś śmierciożercę mógłby trafić szlag.
*
O świcie Brenna usiadła wprost na chłodnym po nocy piasku, zapatrzona na wschód słońca. Spora część gości zdążyła już zniknąć, późną nocą – Nora i Sam nie wrócili, przepadł Morpheus, zebrał się Woody, i zastanawiała się mimowolnie, czy chodziło o zmęczenie, czy może o coś więcej. Muzyka z radia wygasła, i wiedziała, że za moment powinna pomóc Tedy’emu w ogarnianiu rzeczy, a potem upewnić się, że każdy ma jak wrócić do siebie, resztę zaś zabrać do Warowni, nie do końca może na nocleg, ale na „poranną drzemkę” oraz „późne śniadanie”.
Dała sobie jednak ten moment na obserwowanie, jak niebo i morze Devon malują się fioletem i złotem. W głowie wciąż dźwięczała jej melodia, wygrywana przez grajka, a fragmenty sny tłukły się po głowie – tym razem przynajmniej nie były straszne, i pełne chłodu, jak te utkane przez Fawley, ani lepkie, głodne i ciemne, jak te ze znikającej wyspy. Dziwne po prostu, i trochę zbyt realne tak że trudno było jej to sobie wszystko poukładać, i mimowolnie tuż przed świtem rozglądała się co jakiś czas, jakby chcąc upewnić, że nikt obcy nie dołączył do zabawy, że nikt z tych, którzy się zebrali, nie śni dziwnych snów gdzieś w pobliżu, i że to wszystko nie jest żadnym snem.
Wiedziała, że mugole unikają tego miejsca i że pośród skał kryje się zaklęta woda, ale chyba ta plaża była dziwniejsza niż dotąd sądziła.
Posłała jeszcze Basiliusowi trochę przepraszające spojrzenie, jakby to naprawdę była jej wina, ale chyba powinni się cieszyć, że po prostu zrzucił parę rzeczy z tacy, a nie wpadł do jakiejś dziury albo do morza, albo któreś z nich spadło z klifów. A potem wróciła jeszcze do krążenia pomiędzy gośćmi, tu komuś oferując kanapkę, tam boczek, gdzie indziej przystając, żeby zamienić parę słów albo zachęcić do tańca, czyli to wszystko, co zwykle robi się na takich przyjęciach. Dostrzegła w międzyczasie nagłe zniknięcie Sama, i zaniepokoiło ją to na tyle, że już – już miała ruszyć do Nory, ale najwyraźniej i ta postanowiła wcześniej opuścić zabawę, a Brenna po chwili wahania uznała, że nie będzie jej ścigać, Sama zaś… spróbuje dopaść rano, gdy opuszczą zabawę.
Na jakiś czas znikła i z terenu imprezy – ale większość osób przynajmniej raz wybrała się na klify czy wzdłuż plaży, a było już na tyle późno, że wątpiła, by ktoś zauważył jej nieobecność.
Gdy gwiazdy spadały nad jej głową, pomyślała, że najbardziej chciałaby prosić je o bezpieczeństwo tu zgromadzonych - ale jeżeli to byłoby za wiele... to przynajmniej jakiegoś śmierciożercę mógłby trafić szlag.
*
O świcie Brenna usiadła wprost na chłodnym po nocy piasku, zapatrzona na wschód słońca. Spora część gości zdążyła już zniknąć, późną nocą – Nora i Sam nie wrócili, przepadł Morpheus, zebrał się Woody, i zastanawiała się mimowolnie, czy chodziło o zmęczenie, czy może o coś więcej. Muzyka z radia wygasła, i wiedziała, że za moment powinna pomóc Tedy’emu w ogarnianiu rzeczy, a potem upewnić się, że każdy ma jak wrócić do siebie, resztę zaś zabrać do Warowni, nie do końca może na nocleg, ale na „poranną drzemkę” oraz „późne śniadanie”.
Dała sobie jednak ten moment na obserwowanie, jak niebo i morze Devon malują się fioletem i złotem. W głowie wciąż dźwięczała jej melodia, wygrywana przez grajka, a fragmenty sny tłukły się po głowie – tym razem przynajmniej nie były straszne, i pełne chłodu, jak te utkane przez Fawley, ani lepkie, głodne i ciemne, jak te ze znikającej wyspy. Dziwne po prostu, i trochę zbyt realne tak że trudno było jej to sobie wszystko poukładać, i mimowolnie tuż przed świtem rozglądała się co jakiś czas, jakby chcąc upewnić, że nikt obcy nie dołączył do zabawy, że nikt z tych, którzy się zebrali, nie śni dziwnych snów gdzieś w pobliżu, i że to wszystko nie jest żadnym snem.
Wiedziała, że mugole unikają tego miejsca i że pośród skał kryje się zaklęta woda, ale chyba ta plaża była dziwniejsza niż dotąd sądziła.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.