Jedyne co mogła zrobić, to lekko wzruszyć ramionami. Oboje poruszali się po polu przypuszczeń, domniemywań i teorii, gdzie nic nie było pewne i zarazem wszystko mogło być możliwe. To całe zjawisko związane z Limbo mocno doskwierało Victorii, która starała się mocno stąpać po ziemi i nie wierzyć tylko w czyjeś słowo; zawsze było tak, że musiała sama sprawdzić, sama poczytać, sama wyciągać wnioski – do tego ją przecież stworzono, dlatego miała mózg, swój rozum, a potrzeba wiedzy i ciekawość zawsze była w niej silna. I jednocześnie… na własnej skórze doświadczyła Limbo, spotkania z jakimś bytem, który mógł ale nie musiał być bogiem, mógł to być tylko wytwór jej wyobraźni, zbiorowa halucynacja i tak dalej. Jednak to dotknięcie, spotkanie, otarcie się o ten drugi świat był tym, co kazało jej uwierzyć. Sprawdzała to nadal. Spirytysta skontaktował się z jej babcią, bo przypuszczała, że to jej wspomnienia mogła wchłonąć (a bała się, że pożarła ją całą…), zadawała jej pytania, by potwierdzić to, co miała w głowie – że to spajało się w całość. Była przekonana, że to było prawdziwe. I chciała też potwierdzić inne dziwne rzeczy, jakie z tych wspomnień wyciągnęła, by mieć pewność do pewności, że to naprawdę miało miejsce. Victoria naprawdę rzadko wierzyła komuś na słowo i jednocześnie w sprawach związanych z Limbo była do tego przymuszona. I usłyszeć, że jest szansa, że tego nie przeżyją… nie powinna w to wierzyć, a jednak bała się tego.
Skrzywiła się odrobinę na wzmiankę o mugolskich teoretykach, ale nie skomentowała tego, nie wstała obrażona, ani nic z tych rzeczy.
– Z twoim darem trudno byłoby mi uwierzyć, gdybyś powiedział mi coś innego. Że coś jest dziełem przypadku – wyznała za to, a kąciki jej ust nieznacznie drgnęły. Znała oczywiście zaklęcie, o którym mówił. Nie była taką ignorantką, jeśli chodziło o nekromancję, czegoś tam się przez lata nauczyła, ale obecnie nie eksplorowała zbytnio tej dziedziny, chociaż może powinna, skoro była jedynym lekarstwem na jej stan.
Nie jest? Co nie jest? Lestrange uniosła wyżej brew, bo ludzie sami to zaczęli mówić: że są zimni jak trupy, wzdrygali się w kontakcie z nią i resztą Zimnych, i tak naprawdę jedyna osoba, której tak otwarcie i kompletnie to nie przeszkadzało to wampir, z którym już nie była zaręczona. Obserwowała, jak Vakel sięga do szuflady, aż wyrwało jej się to niekontrolowane:
– Och – bo do tej pory tak o tym nie myślała. Nie jak trup? Patrzyła na talię kart tarota, zastanawiając się nad jego kolejnymi słowami, że zionęła zimnem w nieco inny sposób. Aż przekrzywiła głowę. – W takim razie jestem zimna bardziej niż trupy – stwierdziła w końcu po czym westchnęła i spróbowała się lekko uśmiechnąć, bo to była jej forma opowiadania żartów, tylko nie każdy łapał jej poczucie humoru. – Postaram się – kiwnęła głową, patrząc ponownie na dłonie Vasijia jak przekładał karty. Otworzyć się… Przymknęła na moment oczy, próbując się skupić, oczyścić umysł i na chwilę chociaż ściągnąć bariery, jakie roztoczyła wokół własnego umysłu. Czy to miałoby pomóc w stawianiu tarota? Nie miała pojęcia, ale nie chciała, żeby przeszkadzało… Skoro już z własnej i nieprzymuszonej woli udała się do kogoś, kto zechciał dla niej zerknąć w to, co niekoniecznie jest widziane gołym okiem. Normalnie nie robiła takich rzeczy i wściekała się strasznie po „przepowiedni” jaką usłyszała od Szeptuchy, bo nigdy nie pytała jej o zdanie, ale tu i teraz sprawa wyglądała zgoła inaczej.
Robiła więc co jej kazał, myślała o tym, o co poprosił, o emocjach, wspomnieniach. Z ciekawością zerkała na rysunki na kartach. Podniosła jednak spojrzenie, kiedy Vakel tłumaczył jej to, co widzi. Poszła dobrą ścieżką? Zakołatały jej teraz w głowie słowa, jakie usłyszeli w Limbo, o tym, że jeśli przejdą próby zbyt dobrze, to nie będą mieli jak wrócić… Ale wróciła. Więc może rzeczywiście wybrała dobrą drogę.
Ciężar rodziny i najczęściej ojca? Victorii bardziej ciążyła matka, to z nią była skonfliktowana i ona nakładała na nią presję, ojciec zwykle był gdzieś z boku i zdawał się cieszyć, że jego najstarsza córka przejawiala jego miłość do eliksirów. Ale Voldemort…? Nie miała z nim nic wspólnego. Zgoda – widziała go w Limbo i nie pokłoniła się, kiedy tego zażądał. Taką odpowiedź dostałby Vakel, gdyby jednak o niego zapytał. Że nie klękam przed nikim.
– Lubię ją zdobywać – przyznała, patrząc na rysunek króla siedzącego na tronie. – Wiedzę. Zawsze była sensem mojego życia – i rzeczywiście chciała pójść naprzód i to w dwóch różnych kwestiach: swojej zimnej przypadłości i wampirzej egzystencji. I uśmiechnęła się delikatnie, kiedy Vasilij odkrył przed nią sens ostatniej z kart – bardzo zresztą łaskawej i dającej jej całkiem dużą nadzieję.
Zastanowiła się przez chwilę, nim zadała Vakelowi pytanie, a później jeszcze jedno. Zaś nim poszła, poprosiła też o te książki, o których mówił, z obietnicą, że niedługo je odda.