14.08.2024, 14:19 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.08.2024, 14:25 przez Anthony Shafiq.)
Przy stoliku z Geraldine i Erikiem
rozmyślam, oklaskuję występ, konwersuję
rozmyślam, oklaskuję występ, konwersuję
Melodia przechodziła po nich i przez nich.
Przez moment dotknął pokusy, by opuścić barierę, by pozwolić sobie poczuć to, co otrzymywali od grających wił zebrani. To była tylko sekunda, drgająca od rosy pajęczyna, która została przerwana jednym ruchem opadającej powieki. Oczy Erika zdawały się być tak spokojne co nieobecne, gdy na moment ich spojrzenia się skrzyżowały w niemym porozumieniu, w splocie myśli, skoro w fizycznej przestrzeni nie było to możliwe. Pod blatem stołu zacisnął swoją dłoń w pięść, wbił wyrównane paznokcie w skórę pilnując, aby ani jedno drgnienie nie zdradziło duszy przeżartej rakiem obsesji. Przyjemność wspólnego czasu stawała się wystudiowaną torturą, gdy zdecydowanie łatwiej było udawać w sporej odległości, w minionych latach, gdy ich znajomość na Wyspach ograniczała się do zwyczajowego skinienia głową i wymiany dwóch uprzejmości na krzyż, przed ruszeniem dalej w bankietową drogę. Wiedział, że musiało to przejść po nim i przez niego. Trzeba było odpuścić i przeczekać, poddać się nurtowi trzymając mocno kamiennego zęba wystającego z paszczy morza.
Gdy Erik odwrócił twarz ku grającym, szare oczy prześlizgnęły się na zrelaksowane oblicze panny Yaxley, której rysy wyłagodziły się tak, że nawet mógł uznać tę twarz za ładną. Kłębiąca się zazdrość ukojona została nieznacznie faktem, że magia popychająca ludzi ku sobie - co zauważył po reakcjach innych na sali - nie popchnęła dwójki jego towarzyszy ku sobie. Znajdował w tym pewne ukojenie, osłodę trudności z jaką sam się mierzył, przypuszczeń dotyczących planów tej dwójki, o które bał się zapytać.
I w końcu dźwięki ustały, a czar rozbryzgnął się jak ostatnie uderzenie łaskoczących fal o stopy roześmianego rzecznego boga.
Rozluźnił się widząc, jak mgła opada z umysłów zebranych, zaczął też klaskać, zdecydowanie żywiej niż na ogłoszenie tej, pożalcie się bogowie nad nią, trefnej fundacji.
– Myślę, że to co mają mi tutaj do zaoferowania, byłoby zbyt słabe. – podjął jak gdyby nigdy nic, urwany wcześniej przez Erika wątek. – Środki przeciwbólowe – przypomniał łagodnie, jeśli mgła syreniego śpiewu jeszcze unosiła się w samym tylko wspomnieniu dźwiękowej fali, a potem westchnął, delikatnie palcami rozmasowując skroń obok gojącego się rozcięcia, skrzętnie ukrytego dobrze dobranym transmutującym zaklęciem. – Dam sobie jeszcze moment, nie chciałem sprawiać przykrości Agnes, ale wątpię, żebym wytrzymał do końca wieczoru, pozycja siedząca mi zdecydowanie nie służy. – Skrzywił się przy tym nieznacznie, poprawiając na siedzeniu, jakby była to próba generalna, przed przedstawieniem, które trzeba będzie podać dalej gospodyni. Opuszczanie wieczorku zdecydowanie nie byłoby mile widziane, ale przez napaść miał doskonałą wymówkę, nikt nie będzie sprawdzał jak skuteczne były eliksiry zaaplikowane mu przez doktora Prewetta. Z drugiej strony, mimo dyskomfortu bardziej duchowego niż cielesnego, wahał się przed podjęciem ostatecznej decyzji. Czy naprawdę chciałby opuszczać to miejsce bez Erika? Nie musiał sobie nawet zadawać tego pytania, by znać na nie odpowiedź...
– A czy Wy na czymś gracie? – zagadnął nieoczekiwanie, widząc że gospodyni nie zaanonsowała jeszcze powrotu do rozgrywek, korzystając więc z okazji i skupiając ponownie wzrok na Geraldine. – Pomijając fakt, że jest pani wirtuozem łuku oczywiście. I nie, nie uznaję grania na nerwach, jako odpowiedzi! – uprzedził, słysząc ten żart zdecydowanie zbyt wiele razy.
Przez moment dotknął pokusy, by opuścić barierę, by pozwolić sobie poczuć to, co otrzymywali od grających wił zebrani. To była tylko sekunda, drgająca od rosy pajęczyna, która została przerwana jednym ruchem opadającej powieki. Oczy Erika zdawały się być tak spokojne co nieobecne, gdy na moment ich spojrzenia się skrzyżowały w niemym porozumieniu, w splocie myśli, skoro w fizycznej przestrzeni nie było to możliwe. Pod blatem stołu zacisnął swoją dłoń w pięść, wbił wyrównane paznokcie w skórę pilnując, aby ani jedno drgnienie nie zdradziło duszy przeżartej rakiem obsesji. Przyjemność wspólnego czasu stawała się wystudiowaną torturą, gdy zdecydowanie łatwiej było udawać w sporej odległości, w minionych latach, gdy ich znajomość na Wyspach ograniczała się do zwyczajowego skinienia głową i wymiany dwóch uprzejmości na krzyż, przed ruszeniem dalej w bankietową drogę. Wiedział, że musiało to przejść po nim i przez niego. Trzeba było odpuścić i przeczekać, poddać się nurtowi trzymając mocno kamiennego zęba wystającego z paszczy morza.
Gdy Erik odwrócił twarz ku grającym, szare oczy prześlizgnęły się na zrelaksowane oblicze panny Yaxley, której rysy wyłagodziły się tak, że nawet mógł uznać tę twarz za ładną. Kłębiąca się zazdrość ukojona została nieznacznie faktem, że magia popychająca ludzi ku sobie - co zauważył po reakcjach innych na sali - nie popchnęła dwójki jego towarzyszy ku sobie. Znajdował w tym pewne ukojenie, osłodę trudności z jaką sam się mierzył, przypuszczeń dotyczących planów tej dwójki, o które bał się zapytać.
I w końcu dźwięki ustały, a czar rozbryzgnął się jak ostatnie uderzenie łaskoczących fal o stopy roześmianego rzecznego boga.
Rozluźnił się widząc, jak mgła opada z umysłów zebranych, zaczął też klaskać, zdecydowanie żywiej niż na ogłoszenie tej, pożalcie się bogowie nad nią, trefnej fundacji.
– Myślę, że to co mają mi tutaj do zaoferowania, byłoby zbyt słabe. – podjął jak gdyby nigdy nic, urwany wcześniej przez Erika wątek. – Środki przeciwbólowe – przypomniał łagodnie, jeśli mgła syreniego śpiewu jeszcze unosiła się w samym tylko wspomnieniu dźwiękowej fali, a potem westchnął, delikatnie palcami rozmasowując skroń obok gojącego się rozcięcia, skrzętnie ukrytego dobrze dobranym transmutującym zaklęciem. – Dam sobie jeszcze moment, nie chciałem sprawiać przykrości Agnes, ale wątpię, żebym wytrzymał do końca wieczoru, pozycja siedząca mi zdecydowanie nie służy. – Skrzywił się przy tym nieznacznie, poprawiając na siedzeniu, jakby była to próba generalna, przed przedstawieniem, które trzeba będzie podać dalej gospodyni. Opuszczanie wieczorku zdecydowanie nie byłoby mile widziane, ale przez napaść miał doskonałą wymówkę, nikt nie będzie sprawdzał jak skuteczne były eliksiry zaaplikowane mu przez doktora Prewetta. Z drugiej strony, mimo dyskomfortu bardziej duchowego niż cielesnego, wahał się przed podjęciem ostatecznej decyzji. Czy naprawdę chciałby opuszczać to miejsce bez Erika? Nie musiał sobie nawet zadawać tego pytania, by znać na nie odpowiedź...
– A czy Wy na czymś gracie? – zagadnął nieoczekiwanie, widząc że gospodyni nie zaanonsowała jeszcze powrotu do rozgrywek, korzystając więc z okazji i skupiając ponownie wzrok na Geraldine. – Pomijając fakt, że jest pani wirtuozem łuku oczywiście. I nie, nie uznaję grania na nerwach, jako odpowiedzi! – uprzedził, słysząc ten żart zdecydowanie zbyt wiele razy.