– Tata i ciocia opowiadali mi, że w Hogwarcie zdobywa się punkty za coś tam i można je też stracić? – upewniła się, czy dobrze kojarzyła i czy czegoś przypadkiem nie pomyliła z czymś innym. Pewne rzeczy jej się zacierały i to pomimo tego, że miała kontakty wśród ludzi, którzy ukończyli Hogwart. – Opiekunowie też grali nieczysto? – jeśli tak, to był to kolejny powód, dla którego mogła sobie w duszy uważać wyższość Uagadou nad Hogwartem (jak zresztą odczuwała na co dzień). – Ach, mój ojciec nigdy się jakoś szczególnie dobrze nie wypowiadał o Slytherinie. Podobno wiele dzieciaków stamtąd męczyło innych. Ale u mnie też byli tacy, w sumie nie potrzeba do tego żadnego konkretnego domu… – powiedziała z zastanowieniem, na moment tylko zerkając gdzieś w bok. – Złośliwi bliźniacy? Robili niefajne kawały, uważali się za lepszych od innych, znęcali się nad kimś, czy po prostu ogólnie złośliwi? – skoro Morpheus o nich wspominał, to musieli mu zapaść w pamięć. Guinevere zresztą za chwilę ponownie wpatrywała się prosto w niego. Przyszła tu z nim, więc otoczenie, jakkolwiek było interesujące, to jednak było tylko tłem tej nieco bajkowej scenerii, gdzie w oddali można było zobaczyć niemalże pusty teraz zamek, skoro były wakacje.
– Nie? A myślałam, że właśnie dzięki temu przyciągasz do siebie więcej pięknych kobiet szukających pomocy w związku z przepowiedniami – zażartowała sobie, ciągnąc tę zaczepkę, którą Morpheus pierwszy zaczął. Choć z drugiej strony nie do końca był to żart, a sama prawda. I chyba pierwszy raz Guinevere się zapomniała, przechodząc na „ty”, zamiast tego całkowicie celowego „panie Longbottom”, które bawiło ją do granic. Zaraz jednak jej uśmiech nieco złagodniał. – Rozumiem to, naprawdę – miała w końcu matkę, która siedziała w tym po uszy, ale do tej pory nie mieli zbytnio okazji porozmawiać o tym, czym właściwie Ginny zajmuje się na wykopaliskach i dlaczego ona a nie kto inny jest tam ekspertem od wróżb i przepowiedni. Nie chciała ot tak odkrywać wszystkich kart na stół, nawet jeśli sądziła, że ją ten dar ominął (a matka nie do końca była tego taka pewna…). Znała jednak ten problem z pierwszej ręki. – Nie miałeś w trakcie szkoły nikogo, kto mógłby cię w tym prowadzić i pomóc? – jeśli był pozostawiony sam sobie z darem Trzeciego Oka, to naprawdę mu współczuła i rozumiała, dlaczego tak bardzo szukał osamotnienia. I czemu tak lubił się z oklumentami – z nimi miał wszak pewność, że będzie miał święty spokój.
To było dziwne uczucie, które poczuła, kiedy upiła łyk, a potem drugi. Tak szybko dostała do głowy? Nigdy nie była jakimś wielbicielem alkoholu, kultura picia w Egipcie nie była tak bogata, jak tutaj, Ginny miała więc dość słabą głowę, ale… to nie było to. Ze zdziwieniem popatrzyła na kieliszek, oglądając go niczym nowe zjawisko.
– Chcę śpiewać i tańczyć – i nawet gdy to powiedziała, to jej głos zdawał się być czystszy, z mniejszym akcentem niż normalnie, zupełnie jakby już intonowała jakąś melodię, a później ze zdziwieniem spojrzała na Morpheusa, by zaraz się rozpromienić jak to słońce. – Oczywiście.
Dała się więc poprowadzić na parkiet, chociaż wcześniej odłożyła kieliszek na stolik, zrobiła nawet zgrabny obrót, nim stanęła na swoim miejscu. Nie widziała teraz nikogo innego, żadne tło, nic takiego, tylko Morpheusa, który uśmiechał się do niej. A później jego uścisk. Ginny bardzo szybko złapała rytm, znała też ruchy i nie bała się kusząco zatrzymać dłoni na biodrze, nieco podciągając suknię, gdy sunęła nogą po parkiecie w charakterystyczny dla tanga sposób. A tempo było szybkie, to nie był powolny walc, tu nogi trzeba było kłaść szybko, przestawiać je zgrabnie, by później znowu na chwilkę zwolnić. To była walka o dominację, której nie zamierzała się poddać. Zmysłowy taniec kochanków.
– Nie mogę oderwać od ciebie wzroku – wyszeptała mu do ucha w jednej krótkiej chwili, gdy ich ciała zbliżyły się niebezpiecznie blisko do siebie.