14.08.2024, 18:19 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.08.2024, 19:01 przez Sophie Mulciber.)
Mulciber Moonshine - Laurent, Flynn, Leo
Kiedy Leo rzucił świeczką w pyskatego nieznajomego, Sophie zakryła dłonią usta. Po chwili jednak doszła do wniosku, że kuzyn zachował się odpowiednio. Powinni bronić dobrego imienia swojej rodziny! Ani ona ani on nie zrobili przecież niczego złego. Mulciberówna zapragnęła “krwi”. Zmrużyła oczy, zmarszczyła gniewnie nos i wlazła na stół, żeby w ułamku sekundy znaleźć się po drugiej stronie swojego stoiska. Podeszła bliżej Laurenta i Flynn'a, również wystawiając w ich stronę środkowy palec. Była czerwona i oburzona. Nie bała się. Miała za plecami Leonarda, a do tego chyba zbliżały jej się “te dni”, więc całą swoją złość wyładuje na oponentach.
-CHCIAŁAM poczęstować was bimbrem, a wy zaczęliście nas obrażać! I w jaki sposób robimy pośmiewisko?! Bo nie pozwalamy, żeby ktoś na nas pluł?!- Denerwowała się i w przypływie adrenaliny uniosła drugą dłoń, żeby do pierwszego faka dołączyć drugiego.-Leo pracuje w szpitalu i ratuje życie każdemu, kto potrzebuje pomocy! Mój ojciec, wuj i kuzyn produkują świece i kadzidła, które mają lecznicze właściwości i są dostępne dla wszystkich! Mój drugi wuj założył fundację wspierającą ofiary magirasizmu! A wy przychodzicie i nas obrażacie, nic o nas nie wiedząc!- Mówiła i była tak wściekła, że aż pierś jej zafalowała. Odetchnęła głośno. Ścierpły jej ręce, więc opuściła je. Nerwowym ruchem poprawiła grzywkę.- A wy co robicie dla mugolakow? Chodzicie po Lammas i obrażacie przypadkowych ludzi! Prawda, Leo?- Odwróciła się w stronę kuzyna, mając nadzieję, że ją poprze. Była bardzo zła. Zacisnęła usta i zachciało jej się płakać.-A ta świeczka?-Wskazała palcem na but Laurenta.-O-obraża cię w-widok...- Pociągnęła nosem i wierzchem dłoni przetarła policzek po którym poleciały łzy.-To pewnie sikasz p-przy zgaszonym świetle...- Powiedziała i rozpłakała się. Było jej przykro. Nie zasłużyła sobie na takie traktowanie. Ani ona, ani Leo. Myślała, że będzie mogła reklamować swój bimber, a zamiast tego martwiła się o ojca i musiała słuchać nieprzyjemnych komentarzy. To było dla niej za dużo.
-W-wy możecie nas obrażać, ale m-my nie możemy s-sie bronić?!- Pytała, wycierając dłońmi łzy.
Kiedy usłyszała kobiecy głos, odwróciła się i spojrzała na kolejnych nieznajomych.
-N-nie... tamci panowie mają zły dzień i lubią wyżywać się na innych.- Miała ochotę zamknąć stoisko. Na pewno była czerwona i spuchnięta. Biedna Sophie!
Kiedy Leo rzucił świeczką w pyskatego nieznajomego, Sophie zakryła dłonią usta. Po chwili jednak doszła do wniosku, że kuzyn zachował się odpowiednio. Powinni bronić dobrego imienia swojej rodziny! Ani ona ani on nie zrobili przecież niczego złego. Mulciberówna zapragnęła “krwi”. Zmrużyła oczy, zmarszczyła gniewnie nos i wlazła na stół, żeby w ułamku sekundy znaleźć się po drugiej stronie swojego stoiska. Podeszła bliżej Laurenta i Flynn'a, również wystawiając w ich stronę środkowy palec. Była czerwona i oburzona. Nie bała się. Miała za plecami Leonarda, a do tego chyba zbliżały jej się “te dni”, więc całą swoją złość wyładuje na oponentach.
-CHCIAŁAM poczęstować was bimbrem, a wy zaczęliście nas obrażać! I w jaki sposób robimy pośmiewisko?! Bo nie pozwalamy, żeby ktoś na nas pluł?!- Denerwowała się i w przypływie adrenaliny uniosła drugą dłoń, żeby do pierwszego faka dołączyć drugiego.-Leo pracuje w szpitalu i ratuje życie każdemu, kto potrzebuje pomocy! Mój ojciec, wuj i kuzyn produkują świece i kadzidła, które mają lecznicze właściwości i są dostępne dla wszystkich! Mój drugi wuj założył fundację wspierającą ofiary magirasizmu! A wy przychodzicie i nas obrażacie, nic o nas nie wiedząc!- Mówiła i była tak wściekła, że aż pierś jej zafalowała. Odetchnęła głośno. Ścierpły jej ręce, więc opuściła je. Nerwowym ruchem poprawiła grzywkę.- A wy co robicie dla mugolakow? Chodzicie po Lammas i obrażacie przypadkowych ludzi! Prawda, Leo?- Odwróciła się w stronę kuzyna, mając nadzieję, że ją poprze. Była bardzo zła. Zacisnęła usta i zachciało jej się płakać.-A ta świeczka?-Wskazała palcem na but Laurenta.-O-obraża cię w-widok...- Pociągnęła nosem i wierzchem dłoni przetarła policzek po którym poleciały łzy.-To pewnie sikasz p-przy zgaszonym świetle...- Powiedziała i rozpłakała się. Było jej przykro. Nie zasłużyła sobie na takie traktowanie. Ani ona, ani Leo. Myślała, że będzie mogła reklamować swój bimber, a zamiast tego martwiła się o ojca i musiała słuchać nieprzyjemnych komentarzy. To było dla niej za dużo.
-W-wy możecie nas obrażać, ale m-my nie możemy s-sie bronić?!- Pytała, wycierając dłońmi łzy.
Kiedy usłyszała kobiecy głos, odwróciła się i spojrzała na kolejnych nieznajomych.
-N-nie... tamci panowie mają zły dzień i lubią wyżywać się na innych.- Miała ochotę zamknąć stoisko. Na pewno była czerwona i spuchnięta. Biedna Sophie!