Uśmiechnęła się do siebie pod nosem, na słowa Thomasa. Miał rację i niby to wiedziała, ale i tak nie przeszkadzało jej to się dziwić. Mokre wszystko, wilgoć w powietrzu, inne ciśnienie, senność… I tak dalej. Przygnębienie z braku odpowiedniej ilości słońca, którego człowiek jednak potrzebował, by nabrać energii.
– Patelnia to dopiero będzie za kilka miesięcy – zachichotała, nadal dzielnie podążając za klątwołamaczem. – Trochę tak, ale mówię to też jako lekarz. Czytałam gdzieś o tym, że w Skandynawii jest spory współczynnik samobójstw i jest to związane z zimnem i krótkimi dniami. I coś o tym, że mają taki czas w roku, że jest tylko ciemno niezależnie od pory dnia, a potem mają ciągle jasno, nawet w nocy. Nie, że wszędzie, tylko na jakimś tam obszarze i że ludziom jest wtedy zwyczajnie trudno i chodzą przygnębieni, w sensie wtedy, kiedy jest tak ciemno – a może o tym nie czytała, tylko opowiadali jej to jako ciekawostka podczas kursu magimedycznego? Nie była tego teraz taka pewna, ale jakiekolwiek źródło to nie było – miało to w sobie jakiś sens. – Ale nie bierz mnie za pewnik, nigdy tam nawet nie byłam.
– Wróżba się więc spełniła – stwierdziła z przekonaniem, sama zresztą wierzyła w takie rzeczy, bo… była wróżbitką i poza tym, że była tutaj jako medyk z wiedzą historyka magii, to jej specjalnością były przede wszystkim wróżby i przepowiednie.
– Tylko cię podpuszczam – puściła do niego oko, kiedy odwrócił się do niej, a rozmowa zeszła na kierownika wyprawy. Nie, Cathal miał świergla na punkcie tych wypraw, był dokładny i nie wyglądał na kogoś, komu chciałoby się przyuczać do zawodu jakiegoś młodzika. Może by kogoś takiego wziął, jakby nie miał już absolutnie innego wyjścia i brakowałoby specjalisty, ale pewnie kazałby na takiego uważać trzy razy bardziej. Tak sądziła przynajmniej. – To taka zaczepka, żeby wyciągnąć z ciebie to i owo – czy właśnie zdradzała swoje sztuczki? Może. Ale nie robiła tego bez powodu. To na pewno też była jakaś sztuczka.
– W Izraelu? Widziałam jednego golema, ale był nieaktywny, eksperci bardzo próbowali się dowiedzieć, w jaki sposób można go kontrolować i zmusić do ruchu, ale ja tego nie widziałam, dostałam wtedy znacznie ważniejszą ofertę, w Egipcie właśnie i wróciłam. Ale później słyszałam, że część tamtej ekipy zmarła, ponoć udało im się go uruchomić i wpadł w szał… – nie było to może najweselsze zwieńczenie tej historii… ale Thomas sam o to przecież pytał. Ginny wróciła wtedy, bo poproszono ją o pomoc w Tebach, w tej świątyni i może właśnie dzięki temu jeszcze żyła? Hathor ewidentnie nad nią czuwała. – Hej, a w Peru naprawdę jest tak duszno? I że dużo tam gór? Niewiele w sumie słyszałam o Peru – to nigdy nie był obszar jej zainteresowań, nigdy nie było jej po drodze z tamtejszą historią, kulturą i w ogóle wszystkim – nie, skoro na miejscu miała tyle rzeczy do roboty, a i tak dzieliła swoje serce również w pewnej części na Wielką Brytanię, a zwłaszcza interesowała ją legenda o Królu Arturze i te wszystkie rzeczy dookoła: Święty Graal, Merlin, Morgana, Pani Jeziora i tak dalej. – Tak, właśnie tam. Ściągnęli mnie wtedy z Izraela i myślę sobie, że to mogło mi uratować życie. Oprócz tego, że pilnuję paluszków klątwołamaczy i rozbrajaczy pułapek, to moją specjalnością są wróżby i przepowiednie, a to raczej nieczęste połączenie – no i, oczywiście, historia magii. Matka Guinevere była znaną w Egipcie Widzącą, znaczy się wieszczką i jasnowidzką, ale nie zajmowała się sprawami archeologicznymi, robiła to za to właśnie Nefret, jak często nazywali ją tutaj zwłaszcza Egipcjanie – było to jej drugie imię, tym razem zdecydowanie egipskie, a nie staroangielskie, i tak łatwiej było im je wymówić, Thomas mógł więc później usłyszeć, że właśnie tak się do niej zwracają ludzie. – Piękne miejsce, ta Świątynia – dodała, lekko rozmarzona, bo przypomniała sobie, w jaki sposób wieczorem słońce padało na budowlę, oświetlając ją w bardzo charakterystyczny, wręcz magiczny sposób. Aż czuło się ducha dawnych lat, a obecność bogów wydawała się wręcz namacalna. – Mugolscy archeolodzy byli zajęci badaniami dekoracji jakiegoś ptasiego kupra i sprzeczali się, że to żuraw, ale potem okazało się, że to sekretarz. Ale przynajmniej nam nie przeszkadzali – dodała jeszcze ciekawostkę, przypominając sobie tamtejszą pracę. Mogła Thomasowi oczywiście opowiedzieć znacznie więcej, jeśli tylko był ciekaw, teraz, tutaj, albo później, w czasie wolnym.
Zwolniła, bo i Thomas zwolnił, a potem zatrzymała się kilka kroków za nim, dając mu odpowiednią przestrzeń do zbadania wejścia, tyle ile potrzebował. Trzymała za to swoją różdżkę (elegancką, z licznymi żłobieniami, które po przyjrzeniu się musiały być jakimiś drobnymi napisami, bo wyryto na niej hieroglify) w pogotowiu, by zareagować najszybciej jak to tylko możliwe, gdyby wymagała tego sytuacja. Kiedy zaś Thomas wskazał jej linię, stół i ławę, kiwnęła tylko głową, po czym usiadła sobie z różdżką na kolanach, chociaż nadal ja trzymała i niemalże zamarła w tej pozycji i wyglądała jak ludzka wersja kota, który na coś czeka i tylko się wpatruje, nie ruszając się wcale. Jedynym świadectwem tego, że nie spała, było to, że mrugała, a jej oczy się poruszały. Nie odzywała się też sama, chyba, ze Thomas coś do niej powiedział, albo poprosił, bo nie chciała mu przeszkadzać i rozpraszać. Uśmiechała się za to za każdym razem, kiedy na nią spojrzał.