15.08.2024, 17:17 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.08.2024, 21:32 przez Anthony Shafiq.)
To zdecydowanie była jego wina i miał tego świadomość. Warunkowanie robiło swoje, a on wpadł w koleinę odruchu z otwartymi ramionami, gdy poziom irytacji na głupoty, które wychodziły z ust jego porannego towarzysza przekroczyły punkt krytyczny. Owszem, po powrocie z kontynentu był nieobecny i niechętny jakimkolwiek zabawom, choćby i tym najbardziej niewinnym. Świadomość istnienia nielegalnej bojówki, w którą uwikłany był Morpheus (i... cóż... kto jeszcze z jego rodziny?), świadomość istnienia zagrożenia, przed którym Jonathan drżał do tego stopnia by przyznać się do jakiegokolwiek popełnionego przez siebie błędu, to wszystko nie sprzyjało temu by zauważyć pewną zmianę w zachowaniu i oczekiwaniach Erika względem dynamiki ich relacji. Podobnie nie sprzyjał kilkudniowy wyjazd Longbottoma z tak lakonicznym wyjaśnieniem, jak tylko się dało. To było mocno niepokojące, ale pojawił się wczoraj w teatrze, został na noc, zgodnie z prośbą Anthony'ego, a teraz, w domowych pieleszach, marudził bezładnie przecząc samemu sobie, gubiąc się w zeznaniach i artykułowanych potrzebach. Shafiq znał tę fałszywą melodię, to on przez praktykę nauczył swojego towarzysza, że jest diablo skuteczna. Dzwonek dzwonił, a apetyt rósł...
— Ojej mój biedny...— pożałował go z emfazą i udawanym współczuciem. W miejsce całujących ust pojawiły się palce drapiące Erika po karku tylko po to, by nieoczekiwanie długim ruchem zatopić się w gęste włosy, w rozczapierzeniu złapać całą głowę, zachłannie, łapczywie. Anthony wychylił się nieco ku nocnej szafce po to, by wolną ręką złapać za jedną z zielonych fiolek. Nie czuł się wybitnie w formie, ale wystarczająco dobrze, by móc podążyć za śpiewem. Zębami odkorkował buteleczkę i sprawnie wlał w siebie jej zawartość, nieprzerwanie masując głowę leżącego obok mężczyzny.
—...mój słodki... — Dłoń przesunął ponownie na kark i ześlizgnął się w dół, by podrapać go czule pod linią szczęki, po twardym zaroście —... mój niedopieszczony pieseczku, jak mogłem Cię tak zaniedbać?— wymruczał mu wprost do ucha, przesuwając palce przez brodę wprost do rozchylonych warg. Opuszki złożył na miękkim języku, pilnując by z ust krnąbrnego kochanka nie wysmyknęły się już żadne podłe kalumnie. Druga z dłoni powróciła na szyję, w łagodnym masażu, na stwardniałych barkach kciukiem zataczał kręgi, rozmasowywał obolałe miejsca.
— Tyle stresów, tyle nieprzyjemności... — szeptał, nie skąpiąc mu łagodniejszych pocałunków, choć palców z jego ust nie zamierzał najwidoczniej zabierać. —...i jeszcze wczoraj tak bardzo nie dałem Ci odpocząć, za moją sprawą musiałeś pół nocy biegać... cóż za karygodny brak wdzięczności z mojej strony...— Tym razem wgryzł się w niego mocniej, głodny, stęskniony tak samo przecież jak Erik, za ciepłem, za drżeniem, za zawłaszczeniem.
Wtedy dopiero uwolnił go, chociaż tylko na moment, na krótką chwilę rozsupłania paska miekkiej bawełnianej yukaty. Najwidoczniej uznał go za lepszy knebel, najwidoczniej potrzebował obu rąk by móc okazać wdzięczność swojemu bolejącemu na brak atencji wybawcy. Nie zacisnął jednak materiału mocno, z wyczuciem, tylko tyle żeby przyblokować możliwość wypchnięcia go językiem, wystarczająco by utrudnić mówienie. Erik powiedział już dość.
— Za moment Cie nakramię najdroższy, ale najpierw pozwól... zajmę się Tobą, żebyś mógł w końcu poczuć się odpowiednio zaopiekowany— obiecał jeszcze, nim zsunął z bioder leżącego niepotrzebną już zupełnie warstwę ubrania.
— Ojej mój biedny...— pożałował go z emfazą i udawanym współczuciem. W miejsce całujących ust pojawiły się palce drapiące Erika po karku tylko po to, by nieoczekiwanie długim ruchem zatopić się w gęste włosy, w rozczapierzeniu złapać całą głowę, zachłannie, łapczywie. Anthony wychylił się nieco ku nocnej szafce po to, by wolną ręką złapać za jedną z zielonych fiolek. Nie czuł się wybitnie w formie, ale wystarczająco dobrze, by móc podążyć za śpiewem. Zębami odkorkował buteleczkę i sprawnie wlał w siebie jej zawartość, nieprzerwanie masując głowę leżącego obok mężczyzny.
—...mój słodki... — Dłoń przesunął ponownie na kark i ześlizgnął się w dół, by podrapać go czule pod linią szczęki, po twardym zaroście —... mój niedopieszczony pieseczku, jak mogłem Cię tak zaniedbać?— wymruczał mu wprost do ucha, przesuwając palce przez brodę wprost do rozchylonych warg. Opuszki złożył na miękkim języku, pilnując by z ust krnąbrnego kochanka nie wysmyknęły się już żadne podłe kalumnie. Druga z dłoni powróciła na szyję, w łagodnym masażu, na stwardniałych barkach kciukiem zataczał kręgi, rozmasowywał obolałe miejsca.
— Tyle stresów, tyle nieprzyjemności... — szeptał, nie skąpiąc mu łagodniejszych pocałunków, choć palców z jego ust nie zamierzał najwidoczniej zabierać. —...i jeszcze wczoraj tak bardzo nie dałem Ci odpocząć, za moją sprawą musiałeś pół nocy biegać... cóż za karygodny brak wdzięczności z mojej strony...— Tym razem wgryzł się w niego mocniej, głodny, stęskniony tak samo przecież jak Erik, za ciepłem, za drżeniem, za zawłaszczeniem.
Wtedy dopiero uwolnił go, chociaż tylko na moment, na krótką chwilę rozsupłania paska miekkiej bawełnianej yukaty. Najwidoczniej uznał go za lepszy knebel, najwidoczniej potrzebował obu rąk by móc okazać wdzięczność swojemu bolejącemu na brak atencji wybawcy. Nie zacisnął jednak materiału mocno, z wyczuciem, tylko tyle żeby przyblokować możliwość wypchnięcia go językiem, wystarczająco by utrudnić mówienie. Erik powiedział już dość.
— Za moment Cie nakramię najdroższy, ale najpierw pozwól... zajmę się Tobą, żebyś mógł w końcu poczuć się odpowiednio zaopiekowany— obiecał jeszcze, nim zsunął z bioder leżącego niepotrzebną już zupełnie warstwę ubrania.
Koniec sesji