15.08.2024, 21:07 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.08.2024, 21:10 przez Brenna Longbottom.)
Tutaj ostatnia tura, ogłaszam z konta Brenny - kto jeszcze się nie zebrał albo chce sobie dograć coś, to ma teraz czas, za parę dni zamknę temat!
Zaczynam zwijać imprezę
Gdy słońce uniosło się powoli nad wodę, Brenna też wstała i otrzepała spodnie z piasku. Chłód poranka, piasku zimnego po nocy i morskiej bryzy wdzierały się w ciało, zostawiały gęsią skórę, a dziwna piosenka wciąż brzmiała w uszach, ale to był miły wieczór i noc. Rozejrzała się jeszcze, widząc, że niektórzy zaczynają się zbierać i tu i ówdzie kogoś pożegnała, gdzie indziej upewniła, że na pewno są w stanie zabrać się stąd bezpiecznie. Morpheus znikł: odnotowała, by sprawdzić, czy wrócił bezpiecznie do Warowni. Nie było Nory i Sama – pomyślała, że do tej pierwszej napisze, gdy tylko wrócą, a jeśli szło o McGongalla… może zerknie, czy pojawił się w domku ogrodnika, ale nie zdziwiłaby się, gdyby raczej umknął do jakiegoś lasu. Camerona i Heather przytrzymała jeszcze na moment, chcąc upewnić się, że są w stanie się teleportować lub skorzystają z Błędnego Rycerza, wepchnąć im pudełko z jedzeniem, a potem pomachała im, gdy odchodzili. Podobne paczki zresztą ofiarowywała każdemu, kto zdecydował się nie iść teraz z nimi do Warowni, a nie zdążył umknąć z jej widoku odpowiednio wcześnie, więc teraz kręciła się, rozdając je, i ciskając zaklęciami ku stołom, aby składać to, co zostało po zabawie. Największą paczkę z jedzeniem, w tym z bekonem, oczywiście naszykowała dla Alka.
- Ktoś potrzebuje transportu do Londynu albo zabiera się do nas? Żeby mi się nikt nie teleportował pod wpływem! - zawołała jeszcze, wyciągając różdżkę i zaczynając za jej pomocą składać opuszczone koce i poduszki, bratu pozostawiając zwinięcie namiotów. Nikomu rzecz jasna nie wyrywała poduszek, ale większość gości albo znikła, albo zdawała się marzyć już o wygodnym łóżku i ciepłej herbacie. – Ger, idziesz do nas? – rzuciła w stronę Yaxleyówny, absolutnie niewinnym tonem, zmiatając zaklęciem grilla. – Alek, Eden? Basil? Bulstrode, ja mam nadzieję, że nie planujesz lecieć na tej miotle, bo będę musiała wlepić ci mandat za latanie pod wpływem?
Tedy też dźwignął się z koca i składał swój „zestaw drinko i eliksiromistrza”, ziewając przy tym okrutnie. Lampiony opadały i zmniejszały się, wskakując do naszykowanej skrzynki. Plaża pustoszała: znikały wszelkie oznaki toczącej się tutaj niedawno zabawy…
Zaczynam zwijać imprezę
Gdy słońce uniosło się powoli nad wodę, Brenna też wstała i otrzepała spodnie z piasku. Chłód poranka, piasku zimnego po nocy i morskiej bryzy wdzierały się w ciało, zostawiały gęsią skórę, a dziwna piosenka wciąż brzmiała w uszach, ale to był miły wieczór i noc. Rozejrzała się jeszcze, widząc, że niektórzy zaczynają się zbierać i tu i ówdzie kogoś pożegnała, gdzie indziej upewniła, że na pewno są w stanie zabrać się stąd bezpiecznie. Morpheus znikł: odnotowała, by sprawdzić, czy wrócił bezpiecznie do Warowni. Nie było Nory i Sama – pomyślała, że do tej pierwszej napisze, gdy tylko wrócą, a jeśli szło o McGongalla… może zerknie, czy pojawił się w domku ogrodnika, ale nie zdziwiłaby się, gdyby raczej umknął do jakiegoś lasu. Camerona i Heather przytrzymała jeszcze na moment, chcąc upewnić się, że są w stanie się teleportować lub skorzystają z Błędnego Rycerza, wepchnąć im pudełko z jedzeniem, a potem pomachała im, gdy odchodzili. Podobne paczki zresztą ofiarowywała każdemu, kto zdecydował się nie iść teraz z nimi do Warowni, a nie zdążył umknąć z jej widoku odpowiednio wcześnie, więc teraz kręciła się, rozdając je, i ciskając zaklęciami ku stołom, aby składać to, co zostało po zabawie. Największą paczkę z jedzeniem, w tym z bekonem, oczywiście naszykowała dla Alka.
- Ktoś potrzebuje transportu do Londynu albo zabiera się do nas? Żeby mi się nikt nie teleportował pod wpływem! - zawołała jeszcze, wyciągając różdżkę i zaczynając za jej pomocą składać opuszczone koce i poduszki, bratu pozostawiając zwinięcie namiotów. Nikomu rzecz jasna nie wyrywała poduszek, ale większość gości albo znikła, albo zdawała się marzyć już o wygodnym łóżku i ciepłej herbacie. – Ger, idziesz do nas? – rzuciła w stronę Yaxleyówny, absolutnie niewinnym tonem, zmiatając zaklęciem grilla. – Alek, Eden? Basil? Bulstrode, ja mam nadzieję, że nie planujesz lecieć na tej miotle, bo będę musiała wlepić ci mandat za latanie pod wpływem?
Tedy też dźwignął się z koca i składał swój „zestaw drinko i eliksiromistrza”, ziewając przy tym okrutnie. Lampiony opadały i zmniejszały się, wskakując do naszykowanej skrzynki. Plaża pustoszała: znikały wszelkie oznaki toczącej się tutaj niedawno zabawy…
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.