Znów ściągnął brwi ku sobie. Pytanie faktycznie było niezbyt subtelne i chociaż spodziewał się go prędzej czy później, tak czy siak Woody'emu udało się zbić mu z mimiki resztki dobrego humoru, o ile jakiekolwiek w sobie posiadał. Balonik, z którego ktoś właśnie spuszczał powietrze - takimi słowami można było określić to, jak pobladł, wydychając wszystko, co miał w płucach i rozglądając się nerwowo. Tak - przytył, wyglądał zdrowiej, ewidentnie dbał o siebie lepiej, ale w tym spojrzeniu pełnym paniki znów było widać dzieciaka, który ciągle potrzebował pomocy w ratowaniu sytuacji wymykającej mu się spod kontroli.
- W gównie...? - Nie powiedział tego, on to wymamrotał. Zapewne niewiele brakowało do tego, aby zaczął się jąkać. Milczał kilka długich sekund, zapewne rozważając wszelkie za i przeciw, po czym oparł ręką spoconą twarz. - W cyrku. - Tylko ten cyrk stał się gównem. - Jak Fontaine wygrała, to wróciłem do rodziny. - I to była jedna z lepszych decyzji, jakie podjął. To była decyzja, która dosłownie uratowała mu życie - jego instynkt przetrwania mówił do tej pory, że zrobił dobrze, ale... Ściągnął ze sobą na dno dobrego człowieka. Dobrego człowieka tak zniechęconego do dalszego wysiłku emocjonalnego, że dobrym rozwiązaniem stało się bicie Flynna po twarzy, a Flynn nie chciał już być bity. Miał tego serdecznie dosyć. Czasami sobie myślał - a gdybym wrócił wtedy do Caina? Tylko gdyby wrócił wtedy do Caina, to Cain by pewnie nie żył, więc...
Jak się pogodzić z niszczeniem żyć osób, na których ci zależy?
Niby nie wyjawił, co go dokładnie tu trzymało, z drugiej strony ta rodzina wybrzmiała dość jasno, nawet kiedy niewyraźnie mówił. Ludzie. Nawet w najgorszych momentach egzystencji, kiedy naprawdę brał pod uwagę odejście w niebyt, zawsze trzymali go przy ziemi ludzie. Byli jak kajdany na szyi i mód na serce.
Crow kochał ludzi.
Takich biednych, zagubionych, młodych złodziei w szczególności. On nie widział żadnego powodu do krzyków, gróźb, obelg, bicia - bardziej go to rozbawiło, niż rozzłościło. Kiedy chłopaczek nie chciał mu oddać tej sakiewki, cmoknął z dezaprobatą i przekręcił głowę.
- Weź sobie te pieniądze, zwisa mi to. Po prostu oddaj mi klucze, które są w środku. - I chociaż wierzył, że po jakiejś dłuższej gadaninie faktycznie by te klucze odzyskał, to nie zamierzał testować swojej charyzmy (zawsze w tym przegrywał...) i widząc cień zwątpienia, zwyczajnie szybkim ruchem mu tę sakiewkę wyrwał.
Chłopaczka to najwyraźniej przeraziło, cofnął się na kolejny krok, drżąc nieco, a Crow faktycznie - otworzył woreczek, wyciągnął z niego klucze, schował je do swojej kieszeni, odebrał jałmużnę na piwo i resztę oddał kieszonkowcowi. Cisza, jaka pomiędzy nimi nastała, była czymś totalnie spodziewanym.
- To jest ten moment, kiedy dajesz nogę. Tylko zapamiętaj moją twarz, bo ja nie zamierzam przechodzić tego drugi raz w tej samej formie. - Dmuchnął w te swoje krucze loki, odsłaniając smutne, przećpane oblicze.
- W gównie...? - Nie powiedział tego, on to wymamrotał. Zapewne niewiele brakowało do tego, aby zaczął się jąkać. Milczał kilka długich sekund, zapewne rozważając wszelkie za i przeciw, po czym oparł ręką spoconą twarz. - W cyrku. - Tylko ten cyrk stał się gównem. - Jak Fontaine wygrała, to wróciłem do rodziny. - I to była jedna z lepszych decyzji, jakie podjął. To była decyzja, która dosłownie uratowała mu życie - jego instynkt przetrwania mówił do tej pory, że zrobił dobrze, ale... Ściągnął ze sobą na dno dobrego człowieka. Dobrego człowieka tak zniechęconego do dalszego wysiłku emocjonalnego, że dobrym rozwiązaniem stało się bicie Flynna po twarzy, a Flynn nie chciał już być bity. Miał tego serdecznie dosyć. Czasami sobie myślał - a gdybym wrócił wtedy do Caina? Tylko gdyby wrócił wtedy do Caina, to Cain by pewnie nie żył, więc...
Jak się pogodzić z niszczeniem żyć osób, na których ci zależy?
Niby nie wyjawił, co go dokładnie tu trzymało, z drugiej strony ta rodzina wybrzmiała dość jasno, nawet kiedy niewyraźnie mówił. Ludzie. Nawet w najgorszych momentach egzystencji, kiedy naprawdę brał pod uwagę odejście w niebyt, zawsze trzymali go przy ziemi ludzie. Byli jak kajdany na szyi i mód na serce.
Crow kochał ludzi.
Takich biednych, zagubionych, młodych złodziei w szczególności. On nie widział żadnego powodu do krzyków, gróźb, obelg, bicia - bardziej go to rozbawiło, niż rozzłościło. Kiedy chłopaczek nie chciał mu oddać tej sakiewki, cmoknął z dezaprobatą i przekręcił głowę.
- Weź sobie te pieniądze, zwisa mi to. Po prostu oddaj mi klucze, które są w środku. - I chociaż wierzył, że po jakiejś dłuższej gadaninie faktycznie by te klucze odzyskał, to nie zamierzał testować swojej charyzmy (zawsze w tym przegrywał...) i widząc cień zwątpienia, zwyczajnie szybkim ruchem mu tę sakiewkę wyrwał.
Rzut PO 1d100 - 96
Sukces!
Sukces!
Chłopaczka to najwyraźniej przeraziło, cofnął się na kolejny krok, drżąc nieco, a Crow faktycznie - otworzył woreczek, wyciągnął z niego klucze, schował je do swojej kieszeni, odebrał jałmużnę na piwo i resztę oddał kieszonkowcowi. Cisza, jaka pomiędzy nimi nastała, była czymś totalnie spodziewanym.
- To jest ten moment, kiedy dajesz nogę. Tylko zapamiętaj moją twarz, bo ja nie zamierzam przechodzić tego drugi raz w tej samej formie. - Dmuchnął w te swoje krucze loki, odsłaniając smutne, przećpane oblicze.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.