16.08.2024, 21:14 ✶
Mulciber Moonshine - Laurent, Flynn, Sophie, Guinevere
Bardzo zadowolony z siebie, Leonard jak gdyby nigdy nic wrócił do sączenia swojej naleweczki. Nie planował wdawać się w dyskusje z byle plebsem, bo niby jaki to miało mieć sens? Uczenie innych dobrych manier potrafiło być przyjemne, ale z doświadczenia wolał takie rzeczy robić w cztery oczy, nie w tłumie. Los chciał jednak, że koleżka poprzedniego pyszałka postanowił podejść i wygarnąć mu swoje. Jak dobrze, że w szkole spotkał całą masę podobnie przemądrzałych, lubiących uchodzić za ważniejszych niż w rzeczywistości są bubków. Świecenie mu przed oczami herbami, pierścieniami i całą masą innych, rodowych bibelotów było w Durmstrangu, zwłaszcza na etapie poznawczym i budującym hierarchie normą.
Leo uśmiechnął się leniwie. W przeciwieństwie do swojej kuzynki, nie należał do osób nadmiernie emocjonalnych. Zwłaszcza w sytuacjach, które raczej go bawiły.
- Pogratulowałbym spostrzegawczości, gdyby tylko była ona rzeczywiście trafiona - odparł lekkim tonem, uśmiechając się nawet nieco szerzej. Niemniej, jego oczy nabrały nieprzyjemnego chłodu, kiedy tak lustrował Prewetta. - Jeśli ktoś zachowuje się, jak hołota, powinien być traktowany, jak hołota. Co za szczęście, że za bezpodstawne uwłaczanie innym nie karze się już ucinaniem języka - dodał z nutką żalu. - Bo wydziedziczyć takich w końcu nie można, skoro należy się do szlamowatego plebsu.
Odpowiedział, na co miał odpowiedzieć z dostateczną dozą jadu i zamierzał na spokojnie wrócić do sączenia trunku, gdyby nie jego kuzynka. Dziewczyna ewidentnie przyjęła to wszystko zbyt do siebie. I na cóż?
Wzdychając lekko, Leonrd wstał i sam przeskoczył ladę, żeby chwycić Sophie pod jedno ramie i pociągnąć nieco do tylu.
- Sophie, Sophie. Szkoda marnować śliny. Zwłaszcza na takich, którzy bratają się z osobami wyrzucającymi z siebie przy każdym słowie więcej łajna, niż przeciętny stajenny.
Leonard sam spojrzał w stronę nieznanej mu kobiety i uśmiechnął się przepraszająco.
- Moje najszczersze przeprosiny. Przywiało tu na moment coś do szpiku kości przegniłego. Może łyczek bimberku mojej szanownej kuzynki na osłodę?
Bardzo zadowolony z siebie, Leonard jak gdyby nigdy nic wrócił do sączenia swojej naleweczki. Nie planował wdawać się w dyskusje z byle plebsem, bo niby jaki to miało mieć sens? Uczenie innych dobrych manier potrafiło być przyjemne, ale z doświadczenia wolał takie rzeczy robić w cztery oczy, nie w tłumie. Los chciał jednak, że koleżka poprzedniego pyszałka postanowił podejść i wygarnąć mu swoje. Jak dobrze, że w szkole spotkał całą masę podobnie przemądrzałych, lubiących uchodzić za ważniejszych niż w rzeczywistości są bubków. Świecenie mu przed oczami herbami, pierścieniami i całą masą innych, rodowych bibelotów było w Durmstrangu, zwłaszcza na etapie poznawczym i budującym hierarchie normą.
Leo uśmiechnął się leniwie. W przeciwieństwie do swojej kuzynki, nie należał do osób nadmiernie emocjonalnych. Zwłaszcza w sytuacjach, które raczej go bawiły.
- Pogratulowałbym spostrzegawczości, gdyby tylko była ona rzeczywiście trafiona - odparł lekkim tonem, uśmiechając się nawet nieco szerzej. Niemniej, jego oczy nabrały nieprzyjemnego chłodu, kiedy tak lustrował Prewetta. - Jeśli ktoś zachowuje się, jak hołota, powinien być traktowany, jak hołota. Co za szczęście, że za bezpodstawne uwłaczanie innym nie karze się już ucinaniem języka - dodał z nutką żalu. - Bo wydziedziczyć takich w końcu nie można, skoro należy się do szlamowatego plebsu.
Odpowiedział, na co miał odpowiedzieć z dostateczną dozą jadu i zamierzał na spokojnie wrócić do sączenia trunku, gdyby nie jego kuzynka. Dziewczyna ewidentnie przyjęła to wszystko zbyt do siebie. I na cóż?
Wzdychając lekko, Leonrd wstał i sam przeskoczył ladę, żeby chwycić Sophie pod jedno ramie i pociągnąć nieco do tylu.
- Sophie, Sophie. Szkoda marnować śliny. Zwłaszcza na takich, którzy bratają się z osobami wyrzucającymi z siebie przy każdym słowie więcej łajna, niż przeciętny stajenny.
Leonard sam spojrzał w stronę nieznanej mu kobiety i uśmiechnął się przepraszająco.
- Moje najszczersze przeprosiny. Przywiało tu na moment coś do szpiku kości przegniłego. Może łyczek bimberku mojej szanownej kuzynki na osłodę?