17.08.2024, 15:46 ✶
Wszelkie zebrania magicznej, brytyjskiej socjety, kojarzyły się Degenhardtowi z niewygodnymi ubraniami, w których ciężko jest grać na fortepianie utwory wymagającego od niego jakiegokolwiek zaangażowania emocjonalnego. Po jakimś czasie mieszkania w Wielkiej Brytanii zrozumiał, że tak było lepiej dla właściwie wszystkich zainteresowanych - tajemniczy Szwed grający muzykę w sali balowej miał dwie funkcje - umilanie leniwych tańców mających przypominać o odległych czasach, kiedy faktycznie parkiet zajmowało więcej niż pięć tańczących par, a także powiedzenie jako ciekawostki - „na urodzinach mojej córki grał ten Szwed...”, to był jakiś taki drobny zaczątek rozmowy, rozpoczęcie small-talku tak obcego zimnym stronom, z jakich pochodził. Nazwisko Degenhardt brzmiało obco, bardziej egzotycznie niż panna Avery, chociaż panny Avery również chętnie zapraszano na takie przyjęcia i przygrywał ich wokalnym popisom, nikt by się ich przecież z sal balowych nie pozbył w tak coraz mocniej rasistowskim społeczeństwie. Z Wielką Brytanią powoli działo się to, co wcześniej stało się w nordyckich stronach Europy - jako wychowanek Durmstrangu rozumiał to aż za dobrze i tak szczerze... niekoniecznie go to obchodziło. Gdzieś pomiędzy obojętnością dla losu słabszych i gorzej urodzonych, dostrzegał w tym własny interes, chociaż nie dało się ukryć jego delikatnych obaw, że ta nienawiść może kiedyś urosnąć do rozmiarów, w których przez obce pochodzenie nie pomoże mu nawet czystokrwiste nazwisko. Przywykł do Londynu, do tych ulic, do zgiełku brudnego miasta, w którym zaczął już wylewać fundamenty swojej pozycji w społeczeństwie. „Na urodzinach mojej córki grał ten Szwed...”, „ah wiem, o którym mówisz, słyszałem o nim ostatnio” - stał się już plotką, zaczepką umożliwiającą wejście w rozmowę. Za moment może stać się kimś więcej. Budowanie tego od zera, zaczynanie znów od szkół, przygrywek z ludźmi, których zwyczajnie nie lubił - chyba się już starzał, ale nie było mu to w smak.
W smak za to zaczęły być mu drogie alkohole. Nie były czymś, czego mógł w swoim zawodzie nadużywać (pijaka nikt nie zatrudni - nie miał tu żadnych wątpliwości i wiernie unikał wszelkich skandali z tym związanych), ale stanowiły jakiś punkt zawieszenia przy zastawionych stołach - na każdym swoim występie wypijał więc jedną, wybraną lampkę trunku, który później oceniał w maleńkim zeszycie noszonym we wsiąkiewce. Normalni ludzie notowaliby pewnie daty koncertów i spotkań towarzyskich, on notował trunki i właściwie to głównie po nich te spotkania pamiętał. Zdawał sobie sprawę z tego, że gdyby ktoś się do tych zapisków dorwał, prawdopodobnie wziąłby to za zeznania naprawdę dziwnego alkoholika, jemu jednak upijanie się nie było bliskie. Więc co? Samotność? To chyba te krzywe uśmiechy Brytyjczyków, kompletnie nieszczere i często niepasujące do sytuacji, czyniły go czasami takim odludkiem, co się wolał zaszyć z nielegalnym kieliszkiem szampana w zaciszu garderoby i zapisać kilka niewiele znaczących zdań na pożółkłych kartkach. Jak mu się skończą ciekawe wina? Czy powinien wtedy zwrócić uwagę na sery?
Westchnąwszy, zamknął zeszycik w akompaniamencie szelestu kartek i schował go tam, gdzie było jego miejsce, jednocześnie podnosząc wzrok na wchodzącą do środka osobę. Pierwszą jego reakcją było schowanie kieliszka poza zasięg cudzych oczu, dopiero późnej poruszył się wyraźnie, nienachalnie informując o swojej obecności.
- Dobry wieczór - powiedział od razu, z nadzieją, że dziewczyna się go nie wystraszy, bo jej tu nie widział wcześniej, a dopiero po zmrużeniu oczu dotarło do niego z kim właściwie miał do czynienia. - Ah panna solenizantka? - Oczywiście dziwnym było widzieć ją tu samą, odrobinę zmieszany ściągnął ku sobie brwi i zmierzył ją spojrzeniem. - Nie mieliśmy przyjemności... - Trochę niezdarnie się podniósł, nieszczególnie dobrze oceniając sytuację, w jakiej się znalazł. Najwyraźniej chciał się z nią przywitać, ale instynkt kazał mu jednocześnie poprawić pomarszczoną od siedzenia marynarkę i zgubił się w tym zupełnie. Nie był człowiekiem z tutejszych wyższych sfer - urodzili i wychowali go czarnoksiężnicy, nie bogacze, a dzisiaj nie opływał już żadną, nawet najmniejszą kwotą z kieszeni ojca, który twierdził, że zapędy jego syna były pełne niewłaściwych emocji. Może gdyby grał bardziej upiorne nuty niż zamówione przez Prewettów melodie do nużącego kołysania się i wymuszonych rozmów... W każdym razie, kiedy Lorien najwyraźniej starała się walczyć z upierdliwymi elementami swojego stroju, on się jej nieco niezręcznie ukłonił. Wyglądał trochę, jakby go na czymś nakryła - a przecież to była jego przerwa.
W smak za to zaczęły być mu drogie alkohole. Nie były czymś, czego mógł w swoim zawodzie nadużywać (pijaka nikt nie zatrudni - nie miał tu żadnych wątpliwości i wiernie unikał wszelkich skandali z tym związanych), ale stanowiły jakiś punkt zawieszenia przy zastawionych stołach - na każdym swoim występie wypijał więc jedną, wybraną lampkę trunku, który później oceniał w maleńkim zeszycie noszonym we wsiąkiewce. Normalni ludzie notowaliby pewnie daty koncertów i spotkań towarzyskich, on notował trunki i właściwie to głównie po nich te spotkania pamiętał. Zdawał sobie sprawę z tego, że gdyby ktoś się do tych zapisków dorwał, prawdopodobnie wziąłby to za zeznania naprawdę dziwnego alkoholika, jemu jednak upijanie się nie było bliskie. Więc co? Samotność? To chyba te krzywe uśmiechy Brytyjczyków, kompletnie nieszczere i często niepasujące do sytuacji, czyniły go czasami takim odludkiem, co się wolał zaszyć z nielegalnym kieliszkiem szampana w zaciszu garderoby i zapisać kilka niewiele znaczących zdań na pożółkłych kartkach. Jak mu się skończą ciekawe wina? Czy powinien wtedy zwrócić uwagę na sery?
Westchnąwszy, zamknął zeszycik w akompaniamencie szelestu kartek i schował go tam, gdzie było jego miejsce, jednocześnie podnosząc wzrok na wchodzącą do środka osobę. Pierwszą jego reakcją było schowanie kieliszka poza zasięg cudzych oczu, dopiero późnej poruszył się wyraźnie, nienachalnie informując o swojej obecności.
- Dobry wieczór - powiedział od razu, z nadzieją, że dziewczyna się go nie wystraszy, bo jej tu nie widział wcześniej, a dopiero po zmrużeniu oczu dotarło do niego z kim właściwie miał do czynienia. - Ah panna solenizantka? - Oczywiście dziwnym było widzieć ją tu samą, odrobinę zmieszany ściągnął ku sobie brwi i zmierzył ją spojrzeniem. - Nie mieliśmy przyjemności... - Trochę niezdarnie się podniósł, nieszczególnie dobrze oceniając sytuację, w jakiej się znalazł. Najwyraźniej chciał się z nią przywitać, ale instynkt kazał mu jednocześnie poprawić pomarszczoną od siedzenia marynarkę i zgubił się w tym zupełnie. Nie był człowiekiem z tutejszych wyższych sfer - urodzili i wychowali go czarnoksiężnicy, nie bogacze, a dzisiaj nie opływał już żadną, nawet najmniejszą kwotą z kieszeni ojca, który twierdził, że zapędy jego syna były pełne niewłaściwych emocji. Może gdyby grał bardziej upiorne nuty niż zamówione przez Prewettów melodie do nużącego kołysania się i wymuszonych rozmów... W każdym razie, kiedy Lorien najwyraźniej starała się walczyć z upierdliwymi elementami swojego stroju, on się jej nieco niezręcznie ukłonił. Wyglądał trochę, jakby go na czymś nakryła - a przecież to była jego przerwa.
they should be
t e r r i f i e d
of me
t e r r i f i e d
of me