– Muszą zbijać niezłą kasę na sprzedawaniu i eksportowaniu bezoaru – stwierdziła to niby bez sensu i mogło się to wydawać od czapy, ale w gruncie rzeczy miało to swoją głębię: bezoar, nieoceniona pomoc przy wszelkich zatruciach, dziwaczny kamyk, który uratował życie niejednego czarodzieja, wytwarzał się właśnie w żołądku tych śmiesznych zwierząt. Nie tylko u nich, ale w szczególności właśnie u lam. Ginny może i nie była żadnym wytwórcą eliksirów, ale była lekarzem, i wypadało znać takie podstawy. – Och, w ten sposób, rozumiem – słuchała tego z uwagą, bo to zawsze była jakaś nowa wiadomość, którą kiedyś można wykorzystać, a to miało w sobie nawet coś, co mogłoby zostać wykorzystane przez lekarza. Może niekoniecznie w tej samej formie, ale? Kto wie?
Tutaj byli podobni, bo Ginewra też raczej niezbyt podróżowała, chyba że chodziło o pracę. Wyjazdy do Anglii były nieco inną sprawą – tam miała rodzinę od strony ojca, z którymi przecież też chciała trzymać kontakt i na przestrzeni lat razem z rodzicami jednak ich odwiedzała w sprawach zdecydowanie niezwiązanych z pracą jakąkolwiek, a po prostu: by pobyć z dziadkami, ciotkami, wujkami i tak dalej…
Nie miała pojęcia, że tam również mumifikowali swoich władców, ale nie była tym przesadnie zdziwiona. W starożytności ludzie chcieli w pewnym sensie zachować pamięć o swoich władcach, niekoniecznie miało to coś wspólnego z życiem pozagrobowym, mumifikacja za to była ku temu idealnym sposobem. I nie dziwiło, że nie tylko Egipcjanie na to wpadli. Pokiwała więc głową na pierwszą część opowieści Thomasa, w zamyśleniu nad tym, ale nie spodziewała się tej dalszej części. No bo jak to aktywną rolę? Uniosła więc wysoko brwi w tym zdziwieniu.
– Żartujesz – rzuciła, chociaż Figg wcale nie brzmiał, jakby żartował, a ta opowieść była zbyt niesamowita, żeby faktycznie wymyślił to naprędce. – Nie. Naprawdę wyciągali ich z grobów i sadzali? – aż zakryła sobie usta dłonią. – Nie, absolutnie sobie nie wyobrażam. Z drugiej strony… w Egipcie nie mumifikowali tylko swoich zmarłych władców, ale też koty. Widziałeś kiedyś? Mumię kota? – nie powinno to dziwić. W starożytnym Egipcie faraon był bogiem, tak jak koty, których nie można było skrzywdzić pod karą śmierci. Próbowano więc jak najlepiej zachować ziemskie skorupy swoich bóstw, stworzyć z nich prawdziwy posąg.
– Jak zobaczę w szklanej kuli, że masz pechowy dzień, to będę pilnować bardziej – zażartowała sobie, odpowiadając w ten sposób na to puszczone do niej oczko.
Zbliżyła się dlatego, że chciała zobaczyć, z czym w ogóle ma do czynienia, a nie rzucać zaklęcia na oślep. Chciała poznać naturę tego, w czym miałaby pomóc, zrozumieć, w czym dokładnie jest problem, a tak było jej o wiele łatwiej. Nie sądziła, że zapach jej perfum będzie rozpraszał teraz Thomasa… Po tym zaś, gdy już się dogadali, jak to ma wyglądać, po prostu kiwnęła głową, gładkim ruchem podniosła się z ziemi i odsunęła się na kilka kroków, po czym wycelowawszy różdżką w kamienną płytę, machnęła nadgarstkiem w charakterystyczny sposób i zaczęła podnosić płytę powolutku. Na wymaganej wysokości zatrzymała ruch i zamarła, nie chcąc, by coś tutaj niepotrzebnie drgnęło i uruchomiło starą pułapkę. Istniała szansa, że po takim czasie mechanizm i tak się zepsuł, ale nie było sensu ryzykować. Przyglądała się temu, jak pracuje Thomas i rozszerzyła oczy na jego nagłe syknięcie – nic się jednak nie stało na szczęście i Thomasowi najwyraźniej też nie, bo po chwili znowu się ruszył. Skaleczył się? To się zdarzało… ale czekała, aż da jej znać, że można całkiem podnieść płytę. Uniosła ją w końcu i gładko odłożyła na bok, po czym zakończyła zaklęcie, opuszczając rękę. Z góry ten mechanizm wyglądał… jak plątanina różnych rzeczy i absolutnie nic to jej nie mówiło. Gest Thomasa też nie uszedł jej uwadze i zobaczyła krew ściekającą po jego kciuku.
– Ajaj, no dobrze. Zajmijmy się tym od razu – rzeczywiście to mogło być niebezpieczne, o cokolwiek się zranił, było to stare i mogło przynieść jakąś niespodziewaną i zupełnie niepotrzebną chorobę. Odwróciła się więc, przywołując do siebie różdżką płaską skrzynkę, z którą tutaj przyszła, po czym usiadła po turecku blisko Thomasa i złapała go za nadgarstek, przyciągając do siebie jego dłoń, by obejrzeć, z czym ma do czynienia. Mężczyzna mógł teraz z bliska zobaczyć jej dziwaczne, złote oczy o jakże kocich źrenicach. Puściła go zaraz i otworzyła swoją skrzynkę*, w której znajdowało się sporo różnych małych fiolek z kolorową cieczą w przegródkach, płaskich puszek, ale też dziwne narzędzia, mały moździerz, łyżeczki, kamienie, świece, kadziła, bandaże i inne rzeczy najwyraźniej potrzebne medykowi i posegregowane w odpowiedni sposób. W skupieniu wyciągnęła jedną z fiolek, potrząsnęła nią energicznie i odkorkowała. – Poleję teraz tę ranę, dobrze? Będzie szczypało – jedną ręką znowu złapała jego nadgarstek, jakby miał go w odruchu zabrać, przekręciła jego dłoń na płasko i wylała kilka kropel eliksiru wprost na ranę. – To na szczęście nieduże skaleczenie, szybko ci to wyleczę i nie będzie śladu. Lepiej nie ryzykować, że przyklei się do ciebie jakieś świństwo – zakorkowała fiolkę, odłożyła ją na miejsce, po czym wzięła jedną z puszek i metalowy patyczek ze spłaszczonym końcem, po czym otworzyła pojemnik, w którym znajdowała się jakaś zielonkawa pasta pachnąca mocno ziołowo. Nabrała odrobinę na szpatułkę i wklepała to zaraz w to nieduże skaleczenie i uśmiechnęła się do Thomasa. – No, gotowe. Odczekajmy pięć minut i powinno być po wszystkim.
*Chodzi o coś w tym stylu: klik, klik, klik