Niektórym ludziom brakowało charakteru, żeby wypowiadać pewne słowa. To samo zdanie brzmiało inaczej i miało inną moc w różnych ustach. Byli ludzie pokroju Sebastiana Macmillana, którzy wypowiadali jedno proste zdanie, a jednak wzrok się na nich zatrzymywał. Pojawiał się w pomieszczeniu, a ty na niego od razu spoglądałeś. Byli ludzie pokroju Vakela Dolohova, którzy potrafili zaprzeć dech w piersi monologiem. Byli też ludzie tacy jak The Edge albo Leonard, którzy po prostu tego w sobie nie mieli. Ikry. Więcej jego uwagi skradła Sophie, ale to głównie przez fakt, że objawiła się teraz jak nawiedzona panienka, która sama lekarza potrzebuje. Najlepiej tego kuzyna. Brata? Rodziny? Nieistotne. Całe te powiązania były teraz bardzo nieistotne. Nie zamierzał z siebie wypluwać żadnego więcej zdania w ich kierunku, bo to było poniżej jego godności. Wdawanie się w dyskusje z ludźmi na... och? Nie na jego poziomie? Emocje były zabawną rzeczą. Bo Laurent stąd odejdzie i kiedy ochłonie to będzie żałował swojego wybuchu. Nie dlatego, że stanął w obronie Edga - to można było zrobić na milion różnych sposobów. A na pewno nie stosować kąśliwych zdań wycelowanych w jedne z najczulszych punktów naszego społeczeństwa. Nie, wcale nie uważał, ze ci ludzie nie byli na jego poziomie, a tym bardziej, że byli nienormalni. Do tych wniosków jednak było za wcześnie w emocjach na dotarcie. Więc była akcja i była jego reakcja. Złość, gniew, przelanie jego zdolności utrzymania poziomu, z którego wszyscy go znali. Ten wiecznie spokojny, kochany Laurent.
- Sportowe obrażanie mugoli i rzucanie w nich przedmiotami. Niektórzy by powiedzieli "nic wielkiego". - Powiedział to z niesmakiem do Ginny, kiedy się do niej obrócił. Do jej pięknych, kocich oczu, których miód chciało się spijać z kraniuszków jej palców. Och tak, dama BARDZO w typie Edga. Na tyle w jego typie, że nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jak jasno. - Nie lubię, kiedy obraża się moich przyjaciół. - Zaakcentował to słowo dość nieświadomie, z kroplą pasji, która przecież w tej złości przez niego przemawiała. - A teraz przepraszam cię, Ginny. - Położył dłoń na jej przedramieniu - w ten całkowicie przyjazny sposób, który był tak uspokojeniem, jak i gestem przeprosin, że tak nieelegancko zostawia teraz damę. Musiał ją zostawić, bo krew w nim buzowała do stopnia, gdzie dodatkowa energia wpompowywana była w układ krwionośny. Zaraz jednak opadnie i będzie jeszcze gorzej, niż było. Chciał wtedy znaleźć się dalej stąd niż bliżej.
Spojrzał na Sophie z irytacją, że w ogóle jeszcze wypluwa z siebie monolog starając się udowodnić... sam nie wiedział co i komu. Sedno tej wypowiedzi zrozumie pewnie później, teraz ledwo chciał ją słuchać. Gdzieś przez myśl mu przemknęło, że Edge nie powinien się też odzywać w tym wszystkim i wyrzucać przekleństw, ale ten przebłysk zniknął.
- Dostępne dla wszystkich. - Rzucił z kpiną, uśmiechając się arogancko jednym kącikiem ust. - Oczywiście. - Objął Edga (chociaż wcale nie do końca chciał aż takich zbliżeń, bo Flynn był całkowicie brudny i śmierdzący) i obrócił się od nich, żeby odejść. Gdzieś. Gdziekolwiek. Na chwilę, albo dwie. Za te chwile (czy dwie) będzie mógł przepraszać za to, że coś powiedział, ale przepraszać za... co? Swoje zachowanie, sposób mówienia, pewnie za to, że się urodziłem - jak to Laurent potrafił. Zaraz. Za moment. Nie tu, nie teraz. Krok, drugi, trzeci. Laurent musiał puścić w końcu Edga, albo raczej jego ręka po prostu zsunęła się po jego plecach, jak trochę się uspokoił. Zwolnił, aż w końcu zatrzymał się, żeby przesunąć palce na policzek Edga, jakby ten mężczyzna był z porcelany, która może się rozbić przy byle mocniejszym nacisku. Nie mogła. I Prewett nawet wiedział, że nie przejęło go to, co się wydarzyło. Ewidentnie on sam przeżył to mocniej, niż ofiara tego wydarzenia. Spojrzał na swoją własną, białą koszulę, na której zostało trochę tej farby od otarcia jej o kark i włosy Edga, ale zaraz wrócił oczyma do niego.
- Trochę mnie poniosło. - Wydusił w końcu z siebie.