18.08.2024, 21:40 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.08.2024, 21:41 przez Charles Mulciber.)
Charlie nie miał pojęcia, że trafił tak wyjątkowo, że Rodolphus zgodził się z nim napić. Nie wiedział też, że jego szczerość została nazwana maską. Nie mógłby jednak nikogo winić. Choć nie ingerował jeszcze bezpośrednio w życie wielkich i życie dorosłych, widział już dość, by wiedzieć, że pewne maniery należało porzucić, a pewnych się nauczyć.
- Wymagający. - Powtórzył Charlie i nawet uśmiechnął się półgębkiem. - Tak, to dobre określenie. Z drugiej strony, ma prawo wymagać ode mnie więcej, niż sobą prezentuję. - Ugiął się pod krytyką, która płynęła z jego własnego umysłu. - Dziękuję, Rolph. Ojciec miał prawo zrobić to, co postanowił. - Powiedział, ciągnąc temat, który sam sobie narzucił. Myśli, które dotąd krążyły w jego głowie, łatwo znajdowały drogę do ust. - Chyba jest bardziej... wymagający, niż sądziłem. Masz rację, Rolph. - Pokiwał głową, dopijając whisky do ostatniej kropli, nim oddał kieliszek barmanowi.
Nie rozumiał, dlaczego Lestrange znalazł się akurat przy nim i stawiał mu kolejne porcje alkoholu, ale nie zamierzał o to pytać. W takim miejscu, pośród tych wszystkich ludzi, naturalnym wydawało się, że czystokrwiści ciągnęli do siebie. Wielu nie miało problemu z pieniędzmi, nie tak jak Mulciberowie, więc przyjął nie tylko kolejną porcję ognistej, ale też papierosy. Nie palił, jeśli już, to smakowe, delikatniejsze wersje tytoniu. Tym razem sięgnął jednak po normalnego, dorosłego. Nie potrzebował różdżki, by podpalić papierosa. Wystarczyło strzelić palcami. Magia bezróżdżkowa przydawała się każdego dnia.
- Wszystkie ostatnie dni są ciężkie. - Pożalił się, zaciągając dymem. Zakaszlał lekko, mierząc się z drapaniem w gardle. - Uwierz mi, że nie chcesz o tym słuchać w szczegółach. Chciałbym uwierzyć, że to tylko sen. - Posłużył się rodową dewizą, parafrazując ją odrobinę. - Byłeś na Lammas? Słyszałeś, co zrobił ten dziennikarzyna, Isaac Bagshot? Użył sobie na mnie i na mojej rodzinie. Chciałbym móc coś z tym zrobić.
Wina Isaaca była ewidentna w oczach Charlesa, który nie zastanowił się nad tym, co zaszło, a ślepo wierzył ojcu. Richard łatwo ukształtował Charlesowe spojrzenie na sytuację.
- Wymagający. - Powtórzył Charlie i nawet uśmiechnął się półgębkiem. - Tak, to dobre określenie. Z drugiej strony, ma prawo wymagać ode mnie więcej, niż sobą prezentuję. - Ugiął się pod krytyką, która płynęła z jego własnego umysłu. - Dziękuję, Rolph. Ojciec miał prawo zrobić to, co postanowił. - Powiedział, ciągnąc temat, który sam sobie narzucił. Myśli, które dotąd krążyły w jego głowie, łatwo znajdowały drogę do ust. - Chyba jest bardziej... wymagający, niż sądziłem. Masz rację, Rolph. - Pokiwał głową, dopijając whisky do ostatniej kropli, nim oddał kieliszek barmanowi.
Nie rozumiał, dlaczego Lestrange znalazł się akurat przy nim i stawiał mu kolejne porcje alkoholu, ale nie zamierzał o to pytać. W takim miejscu, pośród tych wszystkich ludzi, naturalnym wydawało się, że czystokrwiści ciągnęli do siebie. Wielu nie miało problemu z pieniędzmi, nie tak jak Mulciberowie, więc przyjął nie tylko kolejną porcję ognistej, ale też papierosy. Nie palił, jeśli już, to smakowe, delikatniejsze wersje tytoniu. Tym razem sięgnął jednak po normalnego, dorosłego. Nie potrzebował różdżki, by podpalić papierosa. Wystarczyło strzelić palcami. Magia bezróżdżkowa przydawała się każdego dnia.
- Wszystkie ostatnie dni są ciężkie. - Pożalił się, zaciągając dymem. Zakaszlał lekko, mierząc się z drapaniem w gardle. - Uwierz mi, że nie chcesz o tym słuchać w szczegółach. Chciałbym uwierzyć, że to tylko sen. - Posłużył się rodową dewizą, parafrazując ją odrobinę. - Byłeś na Lammas? Słyszałeś, co zrobił ten dziennikarzyna, Isaac Bagshot? Użył sobie na mnie i na mojej rodzinie. Chciałbym móc coś z tym zrobić.
Wina Isaaca była ewidentna w oczach Charlesa, który nie zastanowił się nad tym, co zaszło, a ślepo wierzył ojcu. Richard łatwo ukształtował Charlesowe spojrzenie na sytuację.