Nie, zdecydowanie nie było mu przykro. Nie widział tego w tych pieskich oczach, które czekały na to, żeby go wymiziać za uszkiem. Oczekiwał tego, że będzie? Chyba nie? Sam nie wiedział - wtedy wydawał się mieć wyrąbane na to, że w niego rzucają i go obrażają, teraz nic się nie zmieniło. Złe pytanie zostało zadane. Powinien pytać samego siebie, czy był do tego przyzwyczajony. Czy Flynn był przyzwyczajony do takich zachowań. Pewnie tak. Nawet na pewno. Stygmaty czasami nosiło się na czole i nie potrzeba było krwi, żeby je ujawniać. Tylko jak inni to widzieli? Laurent nie wiedział, czy tamta dwójka byli półkrwi, czy jednak czystej. Przecież nie mieli tego wypisanego na czole - wydawali mu się zupełnie nieistotnymi jednostkami w grze błękitnej krwi, ale z drugiej strony strony nie był ani nieomylny, ani nie był w stanie nadążyć za wszystkimi zmianami tego świata i wszystkimi uczestnikami tej gry.
Odetchnął cichuteńko słysząc jego potwierdzenie - nie oczekiwał żadnego zaprzeczenia. To był fakt. Mógł to zignorować, ale powiedzieć, że to nie było warte reakcji? Nie znosił takiego zachowania. To, że był to akurat Edge dodawało stopni Celsjusza do rozgrzanego termometru, ale nie potrafiłby obojętnie przejść obok kogokolwiek tak traktowanego. Życie nie było sprawiedliwe, ale nie było potrzeby, by czynić je jeszcze gorszym, niż już było. Owszem, czasem wystarczyło spojrzenie. Potrafiło rozpalać, potrafiło całować bez udziału ust, potrafiło wsuwać się w najskrytsze zakamarki twojego ciała nie muskając go palcami. Słowa nie zawsze były potrzebne - i wiedział to nawet on, osoba, która lubiła mówić dużo. Różnych rzeczy. Czasami miał wrażenie, że to było już chyba na jakimś tle nerwowym. Ktoś jednak, z kim można pomilczeć i nawet nie męczy cię, żeby tę ciszę przerwać? Cisza, która nie była dziwna, nie była pusta, nie była nijaka? Bezcenne.
- Myślisz, że mógłbym stać obok, jak jakiś degenerat cię obraża i jak dzieciak rzuca czymś w ciebie? - Gdyby nie to, że stali teraz tak blisko siebie, to zaplótłby ręce na klatce piersiowej. Zamiast tego złapał palcami szlufkę spodni Flynna. Być może jego osoba wystarczy do zamknięcia samego siebie w swojej strefie komfortu. - Mogłem zareagować na 10 lepszych sposobów. - Opuścił wzrok na wysokość obojczyków Edga. - Nie. Możemy zaraz iść pooglądać koncert. Muszę jeszcze dzisiaj gdzieś pójść. - Potrząsnął ręką, żeby obrócić zegarek na nadgarstku i spojrzeć na jego tarczę wiernie odliczającą godzinę. A przy tym przyłapał Divę, jak wychylała nosa spod koszulki.
- Śliczny kot. - Laurent podniósł wzrok na sprzedawczynię przy stoisku wyrobów Zamfir w fikuśnej chuście, która obdarzyła ich ciepłym uśmiechem. Miłym, dla odmiany od interakcji jeszcze sprzed chwili. Pewnie ta kobieta (dziewczyna?), która do nich wyszła również była do rany przyłóż. Wyglądała na taką. Chyba też stała się ofiarą tego wydarzenia. Odwzajemnił uśmiech kobiety i przesunął wzrokiem po stoisku, ale kobieta już zajęła się następnym klientem, a on wrócił spojrzeniem do Flynna. Ach, łakocie... Laurent się jeszcze nie przekonał, jak bardzo zastępowały one Flynnowi jakiekolwiek jedzenie.