Wyjął jeszcze jedną kartę na to konkretne pytanie i z jego gardła wydarł się mało rozbawiony śmiech. Sięgnął do Laurenta i poklepał go miękką dłonią po policzku, jak ktoś, kto próbuje pocieszyć, ale wie, że nie ma to znaczenie i nic nie pomoże.
Między nimi leżała jedna z okrutniejszych kart w Tarocie. Dziewiątka Mieczy. Płacząca kobieta znudzona z koszmaru. Tylko dlaczego tutaj zdawała się mieć jasne włosy, przecież chwilę temu były ciemne. Dlaczego tło karty przypomniało tak bardzo sypialnię Laurenta? Mignięcie i znów na karcie była brunetka.
Dziewięć Mieczy z tarota to karta przesiąknięta lękiem i cierpieniem, jak udręczone sny bohaterów mitologii. Przypomina nocy Kasandry, która, choć obdarzona darem prorokowania, była przeklęta, by nikt nie wierzył jej słowom. Leżąc samotnie w ciemności, widziała upadek Troi, ale nikt nie chciał jej wysłuchać.
To także odzwierciedlenie udręk Prometeusza, skazanego na wieczne cierpienie, gdy codziennie w ciągu dnia orzeł pożerał jego wątrobę. Dziewięć Mieczy to obraz wewnętrznej tortury, koszmaru, który drąży duszę – tak jak Hydra nieustannie odrastała każda głowa, tak powracają złowieszcze myśli. Pod ciężarem dziewięciu ostrzy, sny stają się bardziej realne niż jawy, a każdy miecz przeszywa serce jak klątwa Syzyfa, który wiecznie wtaczał głaz pod górę, tylko po to, by znów go stracić. Jednak ta noc, choć mroczna, przeminie – jak Persefona, która zstępując do podziemi, zawsze wraca na ziemię, niosąc wiosnę po zimowym śnie.
Uśmiechnął się do Laurenta, lecz spojrzenie miał smutne, jak pijane wieszczki z zapomnianych świątyń.
— Bardzo.