Chyba nie było to słowo, jakiego użyłaby, by opisać Sauriela: apodyktyczny. Uparty, leniwy, chimeryczny – owszem; robiący na przekór, nerwowy, ale też całkiem delikatny, pomimo tego, jak szorstkie miał dłonie. W oczach Victorii Sauriel nie był żadnym tyranem, ale też nie widziała większego obrazka, mogła mówić tylko na podstawie, co sama widziała, albo jaki był wobec niej. Z początku był dupkiem, potem stopniowo przestawał nim być, teraz nie był nim w zupełności. Rookwood miał też skłonności do tego, by ranić samego siebie, niekoniecznie fizycznie, ale zwłaszcza psychicznie, a z tym zestawem cech nie było to szczególnie trudne. To Victorię martwiło, bo widziała w jaką spiralę potrafi sam wpaść i do czego samego siebie doprowadzić, a potem cierpiał jeszcze bardziej. Wyłączenie emocji nie było tu jednak żadnym kluczem, ani odpowiedzią, dobrym rozwiązaniem. Jasne, może już wtedy nic nie mogło cię zranić… ale nie mogło też ucieszyć. Życie stałoby się całkowicie jałowe.
– Wiem – Lestrange to powiedziała cicho i uniosła dłoń, by lekko przejechać po chłodnym policzku Sauriela, pogłaskać go nieznacznie. – Wiem – powtórzyła i zabrała dłoń. Wiedziała, że nie mógł jej tego obiecać, ale nie o obietnicę prosiła. Rozumiała to, że czasami… Że nie mógł jej powiedzieć wszystkiego i znała powód. Prosiła go za to o to, wcześniej, by jej nie odrzucał, pomimo tego, że nie wszystko mógł jej powiedzieć i wytłumaczyć – bo to nie było fair. Miał jednak rację w tym, że Victoria wyobrażała sobie, że było tego dużo, w jej głowie jawiło się to kolosem. – Tyle mi wystarczy – bo musiało wystarczyć, wiedziała, że na więcej tutaj liczyć nie może, więc albo się z tym pogodzi, albo… Albo nie. Nie zamierzała Sauriela skreślać, była tu przy nim i prowadzili tę dziwnie dosłowną i jednocześnie bardzo niedosłowną, bo grająca na domysłach i półsłówkach rozmowę, gdzie jej sedno nigdy nie zostało wypowiedziane. Starała się. I on też się starał – nie tylko z tą jedną kwestią i wiedziała to, jakkolwiek na długi czas Sauriel zamknął się w sobie… ale chyba było coraz lepiej.
Z pewną ulgą przyjęła, że Sauriel przeanalizował ten pomysł i zgodził się na niego bez kręcenia nosem, albo próby wyłgania się z tego. Victoria wiedziała też lepiej, że gdyby to była mina kot nasrał mi do gaci, to poleciałoby przy tym kilka niecenzuralnych słów, a nie „noo dobry pomysł”. Koteczka by nie skrzywdził, złościłby się i pieklił, mówiłby brzydko i mina byłaby dużo gorsza. Fakt, że nie był mistrzem mimiki, panowania nad tonem i przekazywania w ten sposób swoich emocji (łatwiej było z niego czytać w listach… ale tylko jeśli znało się dwie wersje), ale to nie tak, że to było niemożliwe. Chyba ktoś, komu zależało, by go poznać i zrozumieć, dość łatwo te różnice dostrzegał. Więc kiedy położył dłoń na jej ramieniu, to wcale nie uważała, że po to, żeby jej najebać.
– Wszystko masz? Nie musisz krzyczeć, wystarczy, że powiesz „Vikusia, brzuszek mnie boli” – zażartowała sobie i uśmiechnęła się niewinnie. Upewniła się, że jej rzeczy są bezpieczne w torbie i niczego nie zapomniała, a potem położyła własną dłoń na tej jego, którą trzymał za jej ramię, i skupiła się na celu. Bo tak, domyśliła się, dlaczego tak ją złapał – nie czuł się jeszcze pewnie z teleportacją łączną i nic dziwnego, nie zdał jeszcze egzaminu i ciągle ćwiczył. Jedno jej uderzenie serca później, po małym wywrocie żołądka, wylądowali w jej mieszkaniu, tuż przed otwartym, łukowym wejściem do salonu na pierwszym piętrze, gdzie właśnie oba koty słodko drzemały.