Nie grali w grze, w której Laurent mógłby temu człowiekowi dorównać. Jego świat, jego kredki, jego kolorowanka. Do tej kolorowanki zapraszał ludzi zewsząd - ciekawe, czy byli tacy, na których spoglądać nie chciał i którym odmawiał jakiegokolwiek zbliżenia? Których nie częstował nawet fałszywym uśmiechem? Vakel nosił swoją koronę, a przy tym nie zakładał jej wcale. Nie musiał. Próżność? Och, ona by pozwoliła trzymać tonę złota na skroniach, na tych idealnie ułożonych włosach, ale przecież lepiej byłoby ją schować w szafie. Najlepiej zaś - w szafie własnych trzewi. Jego królowanie, ten reżim autorytarny, nie miał podłoża do wszczynania buntów dla osób tak małych jak Laurent Prewett. Niektórzy uważali, że blondyn był spostrzegawczy, ale ta spostrzegawczość nie była podyktowana czymś namacalnym. Więc kiedy przychodziło jego wcale nie najlepszemu wzrokowi przyglądać się Vakelowi nie potrafił powiedzieć, że ten uśmiech jest sztuczny. To uniwersum pokazywało mu kolory dokładnie takimi, jakimi kolorował je ten człowiek mający tu władzę, choć nie noszący korony i nie machający berłem.
Poddani nie mogli nawet modlić się o zobaczenie czegoś autentycznego człowieku, którego życie było tysiącami złożonych masek.
Hm... a powinno być to oczywiste..? Zapytał siebie samego, bo oczywistość tego, że ktoś pracuje z emocjami nie znaczyło, że faktycznie je lubi. Związał pracę tego człowieka z emocjonalnością i szybko zobaczył, że ten fach nie istniał bez emocji. One kreowały w końcu człowieka, a skoro kreowały człowieka, człowiek zaś kreowany był przez gwiazdy, to i gwiazdy niosły ze sobą ich moc. Jakoś. Tłumaczenie sobie pewnych rzeczy w swojej głowie czasem mogło przynieść gorsze skutki od pytania wprost, ale Laurent był chwilowo zbyt zafrasowany ilością bodźców i informacji, żeby tę naganną czynność w sobie wyłapać. Naganną, ponieważ lubił wiedzieć, a skoro lubił wiedzieć, to i chciał wiedzieć bez przekłamań, które jego własny, zbyt psotny (i niekiedy nader kreatywny) umysł wytworzył. Był zadowolony z tego, że jednak postawił dobre założenie ze wstrzymaniem się swojego strzału. Spudłowałby. Pomyłki i pudła nie prowadziły go do zamknięcia swoich badań i następnych prób, nie zniechęcały, ale o wiele bardziej zachęcało, kiedy to się powodziło. Nie trudno też chyba dodać, że to naturalne - otwierasz się na człowieka, który również się otwiera. Klasyczne zagrywki manipulantów, niekoniecznie od razu tych, którzy chcą źle. Wszak Vakel źle nie chciał, choć w percepcji Laurenta to nie było wcale takie oczywiste. O tym, kto chce dobrze, a kto nie, mógłby już pisać książkę - w gonitwie niepewności i zagubień pomiędzy ludzkimi przekłamaniami i szczerościami.
- Można nie udawać, że żyje się w biedzie, ale niekoniecznie oznacza to od razu, że tę biedę się lubi. - Dla Dolohova jedno z drugim było tożsame, czy jednak nie? Laurent nie widział, żeby żyli w społeczeństwie, w którym mówienie o swoich uczuciach wszem i wobec było mile widziane. Wręcz przeciwnie. Zostawcie większość rzeczy za firankami domu, nikt nie chce widzieć prawdy, nie chcą jej znać. Niech i magia będzie składową emocji, czy też emocje magii - ale nie każdy chciał o tym słyszeć! - Sens udawania, że jest inaczej, czasami pozwala przetrwać. - I tak też pozwalała trwać Vakelowi - człowiekowi, który udawał, że jest zupełnie inaczej. Że jest inny. Cały teatr dla pospólstwa. Ale Laurent nawet nie patrzył na niego w chwili, w której to mówił. Jego oczy znów spoczęły na tym złotym pięknie, po tym urządzeniu, które najwyraźniej pomagało Dolohovowi liczyć. Tak czy siak te stwierdzenia, oczywiste, były jego ucieczką od zadanych pytań i sedna tematu. Bo czy chciał szczerze odpowiadać? Czy W OGÓLE chciał temu człowiekowi odpowiadać? I czy sens miało zastanawianie się nad tym, skoro był już i tak rozbierany na części pierwsze i... kiedy tylko o tym myślał to krew się w nim burzyła. Bał się tego. Odkrył, że to był zwykły strach. Tylko czy faktycznie samej wiedzy, czy może tego, że miała świadka? Albo oba na raz? - Nie ufam ludziom, na których nie mam wpływu. - Spojrzał w oczy Vakela. - Nie ufam prawdzie leżącej na wierzchu. Świat jest lepszy, kiedy widzi cię takim, jakim ludzie chcą cię malować. - Tymczasem... - Nad panem nie mam kontroli, a niektóre z wypowiedzianych rzeczy nie powinny wybrzmiewać nigdzie. - Tymczasem mieliśmy tutaj właśnie taką sytuację, gdzie dwa elementy tworzyły ze sobą tak urokliwe kombo! - Pytanie o to, czy to wszystko pozostaje tajemnicą nie ma sensu, bo przecież pozostanie. Mogłoby wręcz obrazić pański kunszt. Unoszenie się i poddawanie emocjom również nie ma sensu, bo niczego nie zmienia płacz nad rozlanym mlekiem. Rozmowa o problemie i towarzyszącym mu emocjach nie poprawi sytuacji, bo im więcej ich padnie, tym cięższa będzie waga Temidy. - Oczywiście, że Laurent analizował to wszystko, mógł to robić równie dobrze na głos, skoro już padły te pytania, a on postanowił oddać kolejny strzał.
Na momencik się spiął i zatrzymał oddech w klatce piersiowej, poruszając nerwowo palcami po pierścionkach, zaraz się jednak uśmiechnął. Trochę z wdzięcznością, trochę z politowaniem dla siebie samego. Ponieważ jednak zostało to zaakcentowane jako żart postanowił (broń Merlinie) nie ciągnąć tematu. Usiadł na zaproponowanym miejscu w zasadzie z ulgą. Jakoś ta pozycja w tej chwili wydawała się lepsza. Było mu dziwnie, a kiedy było mu dziwnie w ten sposób to czekał już na to, aż jego nieprzyjemnie bijące serce zacznie bardziej wydziwiać, zrobi się za ciepło, a tlenu zacznie brakować. To ten moment napięcia, kiedy jesteś pewien, że skądś się pojawi atak, ale nie możesz się na niego przygotować, bo nie masz pojęcia skąd.
Ten nie nadszedł, a nadszedł za to wykład, w który Laurent się coraz bardziej wciągał, bezwiednie wręcz kiwając głową, jakby Vakel potrzebował potwierdzeń, że jest słuchany. Raczej nie potrzebował. Mina Laurenta mówiła mu pewnie wszystko.
- Edward Prewett jest zbyt arogancki, żeby wybór imion dla swoich dzieci zostawić w rękach numerologa. - Uśmiechnął się nieco, ale to nie był do końca wesoły uśmiech, bo i to nie był do końca żart. Naprawdę Laurent nie miał wątpliwości, że Edward nikogo nie pytał o poradę i sam wybrał imię. Takie, które kojarzyło mu się odpowiednio bosko. Za to już wręcz cicho prychnął na żart, że skoro to przypadek, to Edward powinien obstawić jakiś zakład. - Och... nie jestem przekonany co do tej przyjazności, kiedy słyszę tam słowo "Żniwiarz" postawione obok mojego imienia. - Właściwie to po jego reakcji zaskoczenia i krótkiego dyskomfortu widać było, że wręcz przeciwnie - wcale nie było to przyjaźniejsze. Jak wszystko, co związane ze śmiercią, o której czasem tylko fantazjował, kiedy fantazjował o byciu tym bogiem, którego już niewiele w tym życiu ograniczało. - To chyba naturalne dla syna - branie przykładu ze swojego ojca. - Powiedział to jako stwierdzenie, ale jednocześnie spoglądał pytająco na Vakela i z zaciekawieniem. Bo on, w przeciwieństwie do swojego ojca, nie był na tyle arogancki, żeby sądzić, że wiedział wszystko najlepiej. Wręcz przeciwnie - był pewny, że taki Vakel Dolohov wie o tym więcej niż on.