Zaczął się rumienić pod tym spojrzeniem. Miał ochotę burknąć "no co?", tak całkowicie nieelegancko i już całkowicie pieczętując swój los kompletnego odklejeńca. Nie mógł nawet się wytłumaczyć, że był pijany. Nie był. Był zbyt trzeźwy na to, żeby zaliczać dzień taki jak ten w ten sposób, a kiedy już niemal sądził, że może się podziać coś lepszego to działo się coś takiego jak to sprzed chwili - bluzgi, wyzwiska, nienawiść. Sinusoida. A Flynn w tym wszystkim? Na pewno nie był tą białą, prostą linią. Linią był, ale poszarpaną, ostrą, wokół której oscylowanie było trudne. Laurent chciał zrozumieć, poznawać, drążyć, ale nawet na to nie miał przyzwolenia od tego człowieka. I to było zupełnie bez sensu, bo potem Crow spoglądał na niego właśnie w ten sposób i nie rozumiał, co się dzieje, albo rozumiał to tak, jak mógł - że słodkie słówka i manipulacje mają tylko jeden cel, całkiem oczywisty. W porządku. Tylko nie rozumiał, dlaczego przy tym nie chciał go dopuścić do siebie. To przez tego Wróżbitę, z którym dzielił wóz? Wolał się dystansować, a otworzenie się równałoby się z porażką na tym polu?
Flynn był słodszy, niż mu się wydawało i zyskiwał więcej, niż sądził przy tym poznaniu. Mistycyzm, bajki - Laurent je tworzył i o nich opowiadał, ale nawet w jego bajkach nie istniały doskonałości. Koniec końców była rzeczywistość, która nie pozwalała bajkom trwać. Nie było tu księżniczek, rycerzy - mieliśmy chociaż smoki, ale nie takie, o jakich opowiadano. Laurent zawsze wynosił ludzi wokół siebie na piedestał, nie ważne, jak długo ich znał, bo w jego oczach ci ludzie błyszczeli. I Edge też potrafił błyszczeć. Jeśli tylko sobie na to pozwalał.
Nie znał tej piosenki. Próbował pociągnąć jej nuty dalej w swojej głowie, jej tekst, zastanawiając się, czy to jedna z mugolskich piosenek. Niektóre z nich znał sam, ale nie było co porównywać się do osoby, która o mugolach wiedziała tak wiele jak Flynn. I ta piosenka rzeczywiście by się przydała, przynajmniej ta część wypowiedziana przez Edga. Wyśpiewana? Musiał się mocno skupić na tych słowach, niektórych bardziej się domyślił niż je faktycznie usłyszał.
- Całe szczęście, że wolę oglądać ciebie niż siebie. - Podłapał ten uśmiech i odpowiedział na niego swoim własnym. - I już się o ciebie troszczę. - Czasem sprawianie, żeby ktoś troszczył się bardziej było już tą toksyną, która niszczyła relacje. Flynn był w tym przecież mistrzem. - Niestety nie znam tej piosenki. Naucz mnie. - Laurent sobie nie zdawał nawet sprawy, jak specyficznie jego anielski, sopranowy w sowich najwyższych tonach głos brzmiałby w piosence Davida Bowiego.
Ruszył w kierunku ostatniego straganu, na który chciał zerknąć, ale to już z czystej uwagi na to, że był w centrum zamieszania, a martwił się o Charlesa.