20.08.2024, 03:02 ✶
Basilius obrzucił zaaferowanych czarodziejów wściekły spojrzeniem. Nie dość, że gadali od rzeczy i wpadali na Laurenta, to jeszcze któryś z nich nadepnął mu akurat na stopę tej nogi, której kostka wciąż nieco przeżywała ostatni bolesny upadek z miotły. Prewett jednak, poza skrzywieniem się, kontynuował zerkanie na wszystkich spode łba przy jednoczesnym upewnianiu się, że jego kuzyn dalej żył i próbował ignorować, że kolejna osoba właśnie na niego wpadła. Świetna dyskusja polityczna, nie ma co! Grunt to sprowadzić wszystko do pochodzenia i ignorować poważniejsze problemy ze strony rządzących tym krajem czarodziejów i czarownic. Naprawdę, dać takim listę wszystkich naglących problemów w Wielkiej Brytanii, to się jeszcze spytają z jakiej rodziny był sprzedawca papieru, na którym została napisana.
Dalej jednak nie zamierzał mówić tego nikomu ze zgromadzonych w twarz. Nawet jeśli Basilius miał swoje własne poglądy i nie miał szczególnego problemu z wyrażaniem ich, gdy była taka potrzeba, tak teraz dodałoby to tylko do chaosu, a on przecież chciał jak najszybciej zniknąć z tego miejsca wraz z Laurentem i mieć święty spokój. Ministra Magii musiała poczekać, bo jednak kuzyn był ważniejszy. I oczywiście, gdyby ktoś zapytał o to Basiliusa, powiedziałby że szalenie ceni sobie spokój i absolutnie woli się trzymać z daleka od jakichkolwiek kłopotów. Dlatego tak bardzo chciał już stąd sobie pójść. Tak było rozsądniej.
Ktoś zaczął coś krzyczeć do jakiegoś Avery'ego, a jakiś Avery zaczął mu dość niepochlebnie odpowiadać, ale Basilius był akurat zbyt zajęty wyszukiwaniem potencjalnych urazów u kuzyna, aby słuchać kolejnego bredzenia, które płynęło z ust tutaj zgromadzonych.
– Będziesz żył – powiedział, posyłając drugiemu Prewettowi szybki uśmiech, gdy zobaczył że jego dłonie w rzeczywistości były całe i szybko pomógł mu się podnieść, trochę licząc na to, że do tego czasu rozkrzyczane towarzystwo z kółka beznadziejnych dyskusji politycznych już przeniesie się gdzieś indziej. Nie przeniosło się.
– A co? A myśli pani, że szlamy u władzy pamiętają o czymś takim, jak zapewnienie patroli na ulicy!? – odkrzyknął jednej z czarodziejów w odpowiedzi na oburzeniem starszej kobiety, która oczywiście od razu coś zaczęła krzyczeć, a jeszcze kolejna osoba znowu rzuciła coś o szlamojebcy na co Avery (przynajmniej tego Basilius już zaczął kojarzyć) odburknął coś o tym, że matka jego dyskutanta pewnie była w połowie skrzatką domową i już po chwili koledzy musieli tych panów rozdzielać, a do Basiliusa dotarło, że powoli się gubił w tej całej kłótni i kto tak właściwie obrażał się za co. A mógł zostać w domu i wysłać któreś z rodzeństwa po zakupy.
– Hm, nie wątpię – mruknął Prewett, wciąż zerkając kontrolnie na kuzyna, gdy jeden ze starszych czarodziejów, zaczął ich przepraszać, bo może I zdawał sobie sprawę z tego, że takie awantury często zaczynają się całkiem cywilizowanie, ale był za bardzo zirytowany, aby odpowiedzieć z większym rozumieniem. – To co się stało, że aż zaczęliście wpadać na ludzi i ich przewracać? – spytał jeszcze, a potem skierował spojrzenie ku Laurentowie. – Chyba powinniśmy stąd iść.
Dalej jednak nie zamierzał mówić tego nikomu ze zgromadzonych w twarz. Nawet jeśli Basilius miał swoje własne poglądy i nie miał szczególnego problemu z wyrażaniem ich, gdy była taka potrzeba, tak teraz dodałoby to tylko do chaosu, a on przecież chciał jak najszybciej zniknąć z tego miejsca wraz z Laurentem i mieć święty spokój. Ministra Magii musiała poczekać, bo jednak kuzyn był ważniejszy. I oczywiście, gdyby ktoś zapytał o to Basiliusa, powiedziałby że szalenie ceni sobie spokój i absolutnie woli się trzymać z daleka od jakichkolwiek kłopotów. Dlatego tak bardzo chciał już stąd sobie pójść. Tak było rozsądniej.
Ktoś zaczął coś krzyczeć do jakiegoś Avery'ego, a jakiś Avery zaczął mu dość niepochlebnie odpowiadać, ale Basilius był akurat zbyt zajęty wyszukiwaniem potencjalnych urazów u kuzyna, aby słuchać kolejnego bredzenia, które płynęło z ust tutaj zgromadzonych.
– Będziesz żył – powiedział, posyłając drugiemu Prewettowi szybki uśmiech, gdy zobaczył że jego dłonie w rzeczywistości były całe i szybko pomógł mu się podnieść, trochę licząc na to, że do tego czasu rozkrzyczane towarzystwo z kółka beznadziejnych dyskusji politycznych już przeniesie się gdzieś indziej. Nie przeniosło się.
– A co? A myśli pani, że szlamy u władzy pamiętają o czymś takim, jak zapewnienie patroli na ulicy!? – odkrzyknął jednej z czarodziejów w odpowiedzi na oburzeniem starszej kobiety, która oczywiście od razu coś zaczęła krzyczeć, a jeszcze kolejna osoba znowu rzuciła coś o szlamojebcy na co Avery (przynajmniej tego Basilius już zaczął kojarzyć) odburknął coś o tym, że matka jego dyskutanta pewnie była w połowie skrzatką domową i już po chwili koledzy musieli tych panów rozdzielać, a do Basiliusa dotarło, że powoli się gubił w tej całej kłótni i kto tak właściwie obrażał się za co. A mógł zostać w domu i wysłać któreś z rodzeństwa po zakupy.
– Hm, nie wątpię – mruknął Prewett, wciąż zerkając kontrolnie na kuzyna, gdy jeden ze starszych czarodziejów, zaczął ich przepraszać, bo może I zdawał sobie sprawę z tego, że takie awantury często zaczynają się całkiem cywilizowanie, ale był za bardzo zirytowany, aby odpowiedzieć z większym rozumieniem. – To co się stało, że aż zaczęliście wpadać na ludzi i ich przewracać? – spytał jeszcze, a potem skierował spojrzenie ku Laurentowie. – Chyba powinniśmy stąd iść.