20.08.2024, 13:40 ✶
Przez dłuższy moment spoglądał rozbawiony w kierunku Brenny, ale szybko uciekł spojrzeniem gdzieś w bok, jakby czując na sobie wzrok Basiliusa. A może zwyczajnie spodziewając się, że kuzyn słysząc jego słowa zwróci na niego uwagę. Oczywiście, Prewettowi daleko było do Florence, która swoje oceniające spojrzenie wyćwiczyła przez lata niemal do perfekcji. Bulstrode zawsze miał wrażenie, że to akurat jego siostra odziedziczyła po matce. Enida potrafiła być niezwykle żywiołową kobietą, która do większości rzeczy miała niezwykle lekkie podejście, ale kiedy trzeba było umiała patrzeć. W ten znaczący, ciążący na duszy sposób, którym tak często posługiwały się matki kiedy nie mogły zagrozić swoim pociechom wprost, bo nie wypadało przy ludziach. Florence co prawda nie mówiła swoimi oczami, że policzymy się w domu, ale efekt był ten sam. Człowiek czuł się zwyczajnie niezręcznie, jakby nagle wszystkie podjęte przed niego życiowe decyzje miały zostać zakwestionowane, ale nie przez nią, a przez niego samego. I zazwyczaj, kiedy napotykał to twarde spojrzenie niebieskich oczu, Atreus odbębniał jakiś rachunek sumienia, nawet jeśli pobieżny. Rzadko też się zdarzyło, żeby potem kontynuował to, czego siostra nie aprobowała, ale to że zwyczajnie ograniczał się do nie robienia tego na jej oczach, to była już zupełnie inna kwestia. Ale Florence przecież doskonale zdawała sobie z tego sprawę.
Po tym jak dowiedział się, kto właściwie oświadczył się jej na Beltane, i że w ogóle, zastanawiał się czy na Patricka też tak patrzyła i jak on to w ogóle znosił, nieprzyzwyczajona do podobnego wyrażania opinii na czyjś temat bez słów. Ale po zastanowieniu doszedł do wniosku, że może właśnie o to w tym wszystkim chodziło, w tej całej sympatii, jaką przez lata jego siostra darzyła Stewarda - że nie musiała tak na niego patrzeć. Było to trochę frustrujące, bo Atreus był zdania że każdy powinien przynajmniej raz w życiu doświadczyć tego, jak Florence była w stanie na kogoś spoglądać, a najlepiej to żeby doświadczał tego z taką częstotliwością jak on, ale no nie można było mieć wszystkiego w życiu.
W sumie, teraz kiedy przesunął znowu spojrzenie obok swojej siostry, żeby przyjrzeć się jej przyjacielowi, zaczął sie zastanawiać czy faktycznie spełniła jego prośbę i podesłała mu eliksiry, które wcześniej poprosił ją o uzupełnienie dla siebie. Wciąż nie mógł z pewnym rozbawieniem nie wyobrażać sobie aurora w ręcznie wydzierganych sweterkach od babci, czy kto tam miał mu je robić. Powinny być jeszcze podpisane na metce, żeby na pewno nikt inny mu ich nie zabrał i się nie pomylił, albo lepiej - powinny mieć dużą literkę 'P' na samym przodzie, żeby nikt nie zapomniał jak się zaczyna jego imię. Dla niego aż taki poziom wylewnej troski był wręcz pocieszny, chociaż nie mógł powiedzieć że w tym złym, niewłaściwym sensie, który zmusiłby go do zwyczajnego szydzenia z tego. Dobrze było wiedzieć, że ktoś się o nich troszczy i nie chodziło tutaj o samego Patricka, a o wszystkich zimnych, którzy na różne sposoby próbowali przez całe lato dojść do tego, co właściwie z nimi dalej. Tak samo dobrze było zauważać te wszystkie drobne gesty innych ludzi, ich bliskich, którzy chyba trochę rozpaczliwie próbowali im pomóc na wszelkie dostępne dla nich sposoby.
Może jego właśni rodzice nie byli aż tak wylewni, ale Atreus doskonale widział to zmartwione spojrzenie matki, kiedy spoglądała na niego znad kart, myśląc może że on sam był pochłonięty swoimi. Wiedział też, jak ojciec z pewnym zniecierpliwieniem rozmawia z bratem, próbując w ten sposób pomóc sprawie syna. To nie tak, że Gregory nie chciał pomóc, ale Atreus w pewnym momencie doszedł do wniosku, że akurat na tę zagadkę Departament Tajemnic nie ma gdzieś ukrytej odpowiedzi. Do wszystkiego musieli dojść sami, wymieniając się tymi strzępkami informacji, kiedy tylko jakąś zdobyli. Wszystko jeszcze podsyłały wizje, które przyszły wraz z zapaleniem świecy podczas Lammas, kiedy prosili o ochronę. Wszystko zaczęło się w ogniu Beltane, kiedy Voldemort wkroczył do ogniska, a oni wskoczyli w nie za nim. I wszystko miało znowu wrócić do ognia w nadchodzącym czasie. Atreus podejrzewał, że to co mówiła mu Florence wiązało się akurat z Samhain - tym konkretnym momentem kiedy mieli możliwość zrobić cokolwiek z nałożonym na nich brzemieniem. Tak samo domyślał się że znowu chodziło o kobietę skrytą w Limbo, z którą rozmawiał kiedy sam do niego wpadł. Wtedy wydawała się umierać - czyżby teraz śmierciożercy mieli chcieć dokończyć dzieła?
Wreszcie Florence podniosła z piasku i przez moment Atreus faktycznie rozważał to, żeby odepchnąć się od ziemi i odlecieć w siną dal. Nie odwrócił jednak pośpiesznie spojrzenia i nie zrealizował swojego planu, z głupim uśmiechem ale i też pewną rezygnacją. Zmęczenie dawało mu się we znaki, a wbrew pozorom, nie zawsze musiał robić rzeczy na przekór innym czy samemu sobie. Longbottom mogła mu grozić mandatem, ale były to tylko żarty bez pokrycia - wątpił też, żeby zaraz ktoś miał mu tu rzucić zaklęciem, które by go od całej podróży powstrzymało. Ale mimo poddania się losowi w całości, zsiadł z tej miotły z całą nonszalancją, na jaką mógł się w tym momencie zdobyć, trochę jakby robił siostrze łaskę, że jednak nie postanowił sobie skręcić po pijaku karku albo przynajmniej stłuc się mocno podczas spadania z wysokości.
- Idealnie. Latanie po całonocnej zabawie i paru głębszych jest strasznie uciążliwe, szczególnie jak się człowiek chwieje na miotle - rzucił, uśmiechając się do niej grzecznie, a następnie wyciągnął w jej stronę ramię.
Spojrzał jeszcze raz na Brenne, uśmiechając się do niej lekko i puszczając jej oczko. Kiedy na nią patrzył, w głowie grała mu usłyszana tego wieczora melodia, która zamknęła go w tym dziwnym śnie, gdzie mógł oglądać te wszystkie znajome twarze. W sumie jak sobie tak teraz o tym przypomniał, to Florence przecież też tam wtedy była. I Patrick, który jej się tam wtedy oświadczał, kiedy już cała burza wywołana przez księżniczkę Norę zdawała się ucichnąć. Ciekawy był trochę, co śniło się wtedy Longbottom i czy w ogóle coś, bo przecież skoro oboje skończyli leżąc na piasku, to pewnie grajek też i ją dopadł. I w sumie, ta sama melodia wcześniej snuła mu się po głowie przy magicznej wodzie, nawet jeśli nic nie widział w samej tafli. Wcześniej poszedł nad tę wodę w skałkach, bo chciał sprawdzić czy może Florence widziała tam coś ciekawego, ale może zapyta ją o to potem, jak już przeniosą się do punktu teleportacyjnego i dotrą do domu.
Zerknął wreszcie na siostrę i kiwnął głową, a potem oboje teleportowali się z cichym trzaskiem, opuszczając miejsce imprezy.
Po tym jak dowiedział się, kto właściwie oświadczył się jej na Beltane, i że w ogóle, zastanawiał się czy na Patricka też tak patrzyła i jak on to w ogóle znosił, nieprzyzwyczajona do podobnego wyrażania opinii na czyjś temat bez słów. Ale po zastanowieniu doszedł do wniosku, że może właśnie o to w tym wszystkim chodziło, w tej całej sympatii, jaką przez lata jego siostra darzyła Stewarda - że nie musiała tak na niego patrzeć. Było to trochę frustrujące, bo Atreus był zdania że każdy powinien przynajmniej raz w życiu doświadczyć tego, jak Florence była w stanie na kogoś spoglądać, a najlepiej to żeby doświadczał tego z taką częstotliwością jak on, ale no nie można było mieć wszystkiego w życiu.
W sumie, teraz kiedy przesunął znowu spojrzenie obok swojej siostry, żeby przyjrzeć się jej przyjacielowi, zaczął sie zastanawiać czy faktycznie spełniła jego prośbę i podesłała mu eliksiry, które wcześniej poprosił ją o uzupełnienie dla siebie. Wciąż nie mógł z pewnym rozbawieniem nie wyobrażać sobie aurora w ręcznie wydzierganych sweterkach od babci, czy kto tam miał mu je robić. Powinny być jeszcze podpisane na metce, żeby na pewno nikt inny mu ich nie zabrał i się nie pomylił, albo lepiej - powinny mieć dużą literkę 'P' na samym przodzie, żeby nikt nie zapomniał jak się zaczyna jego imię. Dla niego aż taki poziom wylewnej troski był wręcz pocieszny, chociaż nie mógł powiedzieć że w tym złym, niewłaściwym sensie, który zmusiłby go do zwyczajnego szydzenia z tego. Dobrze było wiedzieć, że ktoś się o nich troszczy i nie chodziło tutaj o samego Patricka, a o wszystkich zimnych, którzy na różne sposoby próbowali przez całe lato dojść do tego, co właściwie z nimi dalej. Tak samo dobrze było zauważać te wszystkie drobne gesty innych ludzi, ich bliskich, którzy chyba trochę rozpaczliwie próbowali im pomóc na wszelkie dostępne dla nich sposoby.
Może jego właśni rodzice nie byli aż tak wylewni, ale Atreus doskonale widział to zmartwione spojrzenie matki, kiedy spoglądała na niego znad kart, myśląc może że on sam był pochłonięty swoimi. Wiedział też, jak ojciec z pewnym zniecierpliwieniem rozmawia z bratem, próbując w ten sposób pomóc sprawie syna. To nie tak, że Gregory nie chciał pomóc, ale Atreus w pewnym momencie doszedł do wniosku, że akurat na tę zagadkę Departament Tajemnic nie ma gdzieś ukrytej odpowiedzi. Do wszystkiego musieli dojść sami, wymieniając się tymi strzępkami informacji, kiedy tylko jakąś zdobyli. Wszystko jeszcze podsyłały wizje, które przyszły wraz z zapaleniem świecy podczas Lammas, kiedy prosili o ochronę. Wszystko zaczęło się w ogniu Beltane, kiedy Voldemort wkroczył do ogniska, a oni wskoczyli w nie za nim. I wszystko miało znowu wrócić do ognia w nadchodzącym czasie. Atreus podejrzewał, że to co mówiła mu Florence wiązało się akurat z Samhain - tym konkretnym momentem kiedy mieli możliwość zrobić cokolwiek z nałożonym na nich brzemieniem. Tak samo domyślał się że znowu chodziło o kobietę skrytą w Limbo, z którą rozmawiał kiedy sam do niego wpadł. Wtedy wydawała się umierać - czyżby teraz śmierciożercy mieli chcieć dokończyć dzieła?
Wreszcie Florence podniosła z piasku i przez moment Atreus faktycznie rozważał to, żeby odepchnąć się od ziemi i odlecieć w siną dal. Nie odwrócił jednak pośpiesznie spojrzenia i nie zrealizował swojego planu, z głupim uśmiechem ale i też pewną rezygnacją. Zmęczenie dawało mu się we znaki, a wbrew pozorom, nie zawsze musiał robić rzeczy na przekór innym czy samemu sobie. Longbottom mogła mu grozić mandatem, ale były to tylko żarty bez pokrycia - wątpił też, żeby zaraz ktoś miał mu tu rzucić zaklęciem, które by go od całej podróży powstrzymało. Ale mimo poddania się losowi w całości, zsiadł z tej miotły z całą nonszalancją, na jaką mógł się w tym momencie zdobyć, trochę jakby robił siostrze łaskę, że jednak nie postanowił sobie skręcić po pijaku karku albo przynajmniej stłuc się mocno podczas spadania z wysokości.
- Idealnie. Latanie po całonocnej zabawie i paru głębszych jest strasznie uciążliwe, szczególnie jak się człowiek chwieje na miotle - rzucił, uśmiechając się do niej grzecznie, a następnie wyciągnął w jej stronę ramię.
Spojrzał jeszcze raz na Brenne, uśmiechając się do niej lekko i puszczając jej oczko. Kiedy na nią patrzył, w głowie grała mu usłyszana tego wieczora melodia, która zamknęła go w tym dziwnym śnie, gdzie mógł oglądać te wszystkie znajome twarze. W sumie jak sobie tak teraz o tym przypomniał, to Florence przecież też tam wtedy była. I Patrick, który jej się tam wtedy oświadczał, kiedy już cała burza wywołana przez księżniczkę Norę zdawała się ucichnąć. Ciekawy był trochę, co śniło się wtedy Longbottom i czy w ogóle coś, bo przecież skoro oboje skończyli leżąc na piasku, to pewnie grajek też i ją dopadł. I w sumie, ta sama melodia wcześniej snuła mu się po głowie przy magicznej wodzie, nawet jeśli nic nie widział w samej tafli. Wcześniej poszedł nad tę wodę w skałkach, bo chciał sprawdzić czy może Florence widziała tam coś ciekawego, ale może zapyta ją o to potem, jak już przeniosą się do punktu teleportacyjnego i dotrą do domu.
Zerknął wreszcie na siostrę i kiwnął głową, a potem oboje teleportowali się z cichym trzaskiem, opuszczając miejsce imprezy.
Postać opuszcza sesję