20.08.2024, 19:27 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.08.2024, 19:31 przez Alexander Mulciber.)
Południowe stragany
Szpitale napawały Alexandra Mulcibera niezrozumiałym lękiem. Na samą myśl o neutralnych kolorach napierających na niego ścian klaustrofobicznie dusznej poczekalni prześmiardłej charakterystyczną wonią leczniczych medykamentów robiło mu się niedobrze. Uzdrowiciele zawsze zadawali zbyt wiele pytań: pytań, na które nie potrafił nigdy udzielić satysfakcjonujących odpowiedzi – widział to po ich niezadowolonych minach, które nieudolnie ukrywali pod wystudiowaną maską profesjonalizmu – czuł się jak na jakimś pieprzonym przesłuchaniu, nie, gorzej; na przesłuchaniu nikt nie pytał go o to jak się czuje (dobrze), czy przyjmuje na stałe jakieś leki (nie), jak często sra (mogę wyjść do toalety?), czy też kiedy ostatnio był u lekarza (nie bywam wcale, mam kolegę szamana, który interesuje się ziołolecznictwem). Wizengamot mógł co najwyżej uznać Mulcibera winnym jakiejś zbrodni i wsadzić go do Azkabanu, chuj z tym, ale uzdrowiciele… Uzdrowiciele mogli zrobić z niego szaleńca i zamknąć w Lecznicy Dusz, tak jak kiedyś zamknęli jego matkę. Tak jak zamknęli Donalda.
Alexander Mulciber nie lubił zwykłych szpitali, a co dopiero szpitali psychiatrycznych. Kiedy pod koniec lipca wybrał się z Dianą do Lecznicy Dusz, chyba pół dnia spędził na podłodze swojego gabinetu, próbując wmówić sobie, że da radę i stłumić w sobie nadchodzący atak paniki: w zakładzie dla umysłowo chorych w Dolinie Godryka spędzili ze szwagierką ledwo godzinę, w trakcie której Mulciber postarzał się o jakieś dziesięć lat. Gdyby nie Diana dodająca otuchy tuż obok, nie wyszedłby stamtąd o własnych siłach.
Z Alastora Moody’ego zawsze był kawał upartego osła, co dla Alexandra było zarówno przekleństwem – wtedy, kiedy Alastor teleportował się z nim do Munga na siłę, chociaż Mulciber przyrzekł aurorowi wcześniej, że nie zrzyga mu się na mundur – jak i błogosławieństwem – kiedy wziął na siebie cały ciężar konwersacji z uzdrowicielką, która była tak samo kompetentna w swojej pracy, jak Alexander był odpowiedzialny w dawkowaniu morfiny. Czyli wcale.
Ale Mulciber miał to gdzieś. Mogłaby mu spalić włosy na głowie i nic by nawet na to nie powiedział, pewnie nawet by nie zauważył, bo zbyt zajęty był wpatrywaniem się pustymi oczami w przestrzeń gdzieś ponad ramieniem kobiety. Starał się wyobrazić sobie, że jest gdzieś indziej, gdzieś daleko – byle nie w szpitalu. Wzdrygnął się, kiedy przechodziła obok niego grupa stażystów dyskutujących o nowej klasyfikacji chorób psychiatrycznych, aż niechcący sparzył sobie wargi lurowatą kawą z automatu: przywitał ból z radością, bo przynajmniej mógł skupić na czymś, co nie było bolącą głową albo liczeniem martwych much pod kloszem lampy. Pomagało też ględzenie Alastora, który żuł znudzony jakąś kanapkę, w przerwach smarując piórem raport na kolanie – ostatni bastion kojącej normalności ministerialnej rutyny – Alexander zdołał uspokoić się na tyle, by udzielić odpowiedzi na pytania: wszystko było lepsze od stada szarlatanów pierdolących coś o jakichś badaniach, kontrolach i zaleceniach.
Oczywiście, że nie zamierzał ich słuchać.
Przejechał dłonią po twarzy, starając się uspokoić oddech, kiedy Moody teleportował ich na teren kiermaszu: z głową Alexandra było już o wiele lepiej, a choć wciąż nachodziły go nieprzyjemne sensacje, trzymał się stabilnie na nogach. Zmarszczył z niezrozumieniem brwi, patrząc, jak Alastor wciska mu w dłoń bilecik na loterię.
– Świetny żart – mruknął bez energii Mulciber – taki śmieszny, że aż zapomniałem się roześmiać.
Skinął Moody'emu głową – mrucząc pod nosem coś, co zabrzmiało podejrzanie podobnie do “dzięki” – i ruszył w stronę koła fortuny.
Przyszedł na kiermasz zakręcić tym pieprzonym kołem i zakręci pieprzonym kołem.
Szpitale napawały Alexandra Mulcibera niezrozumiałym lękiem. Na samą myśl o neutralnych kolorach napierających na niego ścian klaustrofobicznie dusznej poczekalni prześmiardłej charakterystyczną wonią leczniczych medykamentów robiło mu się niedobrze. Uzdrowiciele zawsze zadawali zbyt wiele pytań: pytań, na które nie potrafił nigdy udzielić satysfakcjonujących odpowiedzi – widział to po ich niezadowolonych minach, które nieudolnie ukrywali pod wystudiowaną maską profesjonalizmu – czuł się jak na jakimś pieprzonym przesłuchaniu, nie, gorzej; na przesłuchaniu nikt nie pytał go o to jak się czuje (dobrze), czy przyjmuje na stałe jakieś leki (nie), jak często sra (mogę wyjść do toalety?), czy też kiedy ostatnio był u lekarza (nie bywam wcale, mam kolegę szamana, który interesuje się ziołolecznictwem). Wizengamot mógł co najwyżej uznać Mulcibera winnym jakiejś zbrodni i wsadzić go do Azkabanu, chuj z tym, ale uzdrowiciele… Uzdrowiciele mogli zrobić z niego szaleńca i zamknąć w Lecznicy Dusz, tak jak kiedyś zamknęli jego matkę. Tak jak zamknęli Donalda.
Alexander Mulciber nie lubił zwykłych szpitali, a co dopiero szpitali psychiatrycznych. Kiedy pod koniec lipca wybrał się z Dianą do Lecznicy Dusz, chyba pół dnia spędził na podłodze swojego gabinetu, próbując wmówić sobie, że da radę i stłumić w sobie nadchodzący atak paniki: w zakładzie dla umysłowo chorych w Dolinie Godryka spędzili ze szwagierką ledwo godzinę, w trakcie której Mulciber postarzał się o jakieś dziesięć lat. Gdyby nie Diana dodająca otuchy tuż obok, nie wyszedłby stamtąd o własnych siłach.
Z Alastora Moody’ego zawsze był kawał upartego osła, co dla Alexandra było zarówno przekleństwem – wtedy, kiedy Alastor teleportował się z nim do Munga na siłę, chociaż Mulciber przyrzekł aurorowi wcześniej, że nie zrzyga mu się na mundur – jak i błogosławieństwem – kiedy wziął na siebie cały ciężar konwersacji z uzdrowicielką, która była tak samo kompetentna w swojej pracy, jak Alexander był odpowiedzialny w dawkowaniu morfiny. Czyli wcale.
Ale Mulciber miał to gdzieś. Mogłaby mu spalić włosy na głowie i nic by nawet na to nie powiedział, pewnie nawet by nie zauważył, bo zbyt zajęty był wpatrywaniem się pustymi oczami w przestrzeń gdzieś ponad ramieniem kobiety. Starał się wyobrazić sobie, że jest gdzieś indziej, gdzieś daleko – byle nie w szpitalu. Wzdrygnął się, kiedy przechodziła obok niego grupa stażystów dyskutujących o nowej klasyfikacji chorób psychiatrycznych, aż niechcący sparzył sobie wargi lurowatą kawą z automatu: przywitał ból z radością, bo przynajmniej mógł skupić na czymś, co nie było bolącą głową albo liczeniem martwych much pod kloszem lampy. Pomagało też ględzenie Alastora, który żuł znudzony jakąś kanapkę, w przerwach smarując piórem raport na kolanie – ostatni bastion kojącej normalności ministerialnej rutyny – Alexander zdołał uspokoić się na tyle, by udzielić odpowiedzi na pytania: wszystko było lepsze od stada szarlatanów pierdolących coś o jakichś badaniach, kontrolach i zaleceniach.
Oczywiście, że nie zamierzał ich słuchać.
Przejechał dłonią po twarzy, starając się uspokoić oddech, kiedy Moody teleportował ich na teren kiermaszu: z głową Alexandra było już o wiele lepiej, a choć wciąż nachodziły go nieprzyjemne sensacje, trzymał się stabilnie na nogach. Zmarszczył z niezrozumieniem brwi, patrząc, jak Alastor wciska mu w dłoń bilecik na loterię.
– Świetny żart – mruknął bez energii Mulciber – taki śmieszny, że aż zapomniałem się roześmiać.
Skinął Moody'emu głową – mrucząc pod nosem coś, co zabrzmiało podejrzanie podobnie do “dzięki” – i ruszył w stronę koła fortuny.
Przyszedł na kiermasz zakręcić tym pieprzonym kołem i zakręci pieprzonym kołem.
Postać opuszcza sesję