21.08.2024, 14:00 ✶
Ostatnie dni wiele zmieniły dla Charlesa i to jedno określenie - wymagający - niosło za sobą wiele znaczeń, lecz niewiele z nich było pozytywnych w odniesieniu do ojca. Richard sprawił mu wiele bólu, niezależnie od ostatecznego wyniku. Każda rozmowa z ojcem w czasie ostatnich dni przyniosła zbyt wiele emocji i bólu. Lestrange najwyraźniej znał Richarda, ale Charles wolał się nad tym nie zastawiać. Czasem miał wrażenie, że wszyscy czystokrwiści w Londynie znają się mniej lub badziej, a tylko on jest jak ryba wyjęta z wody, rzucony między obcych.
Żalenie się przypadkowo spotkanemu mężczyznie nie było może najmądrzejsze, ale Charlie dawno przekroczył już moment, w którym musiałby się o to troszczyć. Zresztą, nie sądził, by mężczyzna miał mu w jakiś sposób zaszkodzić. Charles zapił przykry smak ognistej piwem, które sączył przed pojawieniem się Rolpha.
- Co się stało? - Zapytał, podnosząc na moment spojrzenie na nowego kolegę, ale zaraz opuszczając je znów na swoje szklanki. To, co działo się na Lithcie, nie interesowało go zbytnio. Midsommar z pewnością było bardziej udane niż jakieś sabaty w Anglii.
Musiał jednak nadejść temat świeczek. Był nieunikniony! Charles podparł na moment głowę na dłoniach, zakrywając oczy. Wywiad przyniósł wstyd nie rodzinie, jak utrzymywał ojciec, a jemu samemu. Nikt nie zastanawiał się nad wszystkimi Mulciberami, gdy podpis brzmiał Charles.
- Gdybym tego nie zrobił, passa byłaby jeszcze gorsza. - Powiedział wprost, nie do końca poprawnie, lecz język angielski wciąż miał przed nim tajemnice i nie każde słowo ładnie pasowało w zdaniu. Już po samym akcencie Rolph mógł zgadnąć, że Charles nie był z Londynu. - Chciałem, żeby było lepiej, wiesz? Ale rodzina tak tego nie widzi.
Fundacja? Jakiś daleki wuj w Azkabanie? Kogo to obchodziło, gdy tragedia działa się tu i teraz!
- Ale może to i lepiej. - Charles zmienił narrację. - Może Bagshot pozwolił mi poznać rodzinę z odpowiedniej strony. Może... Może zrobił mi przysługę. Nie będę z nim walczyć, to nie średniowiecze. - Przypomniał, sięgając po kieliszek. Tym razem wypił na jeden raz.
Żalenie się przypadkowo spotkanemu mężczyznie nie było może najmądrzejsze, ale Charlie dawno przekroczył już moment, w którym musiałby się o to troszczyć. Zresztą, nie sądził, by mężczyzna miał mu w jakiś sposób zaszkodzić. Charles zapił przykry smak ognistej piwem, które sączył przed pojawieniem się Rolpha.
- Co się stało? - Zapytał, podnosząc na moment spojrzenie na nowego kolegę, ale zaraz opuszczając je znów na swoje szklanki. To, co działo się na Lithcie, nie interesowało go zbytnio. Midsommar z pewnością było bardziej udane niż jakieś sabaty w Anglii.
Musiał jednak nadejść temat świeczek. Był nieunikniony! Charles podparł na moment głowę na dłoniach, zakrywając oczy. Wywiad przyniósł wstyd nie rodzinie, jak utrzymywał ojciec, a jemu samemu. Nikt nie zastanawiał się nad wszystkimi Mulciberami, gdy podpis brzmiał Charles.
- Gdybym tego nie zrobił, passa byłaby jeszcze gorsza. - Powiedział wprost, nie do końca poprawnie, lecz język angielski wciąż miał przed nim tajemnice i nie każde słowo ładnie pasowało w zdaniu. Już po samym akcencie Rolph mógł zgadnąć, że Charles nie był z Londynu. - Chciałem, żeby było lepiej, wiesz? Ale rodzina tak tego nie widzi.
Fundacja? Jakiś daleki wuj w Azkabanie? Kogo to obchodziło, gdy tragedia działa się tu i teraz!
- Ale może to i lepiej. - Charles zmienił narrację. - Może Bagshot pozwolił mi poznać rodzinę z odpowiedniej strony. Może... Może zrobił mi przysługę. Nie będę z nim walczyć, to nie średniowiecze. - Przypomniał, sięgając po kieliszek. Tym razem wypił na jeden raz.