21.08.2024, 15:44 ✶
Poczuła jak coś nieprzyjemnie zaciska się w jej wnętrznościach, gdy usłyszała odpowiedź. A przecież powinna się jej spodziewać. Vakel nie miał żadnego innego powodu by w ogóle jeszcze patrzeć na jej twarz i tolerować jej obecność w swoim życiu. A jednak gdzieś do tej pory żyło w niej kłamstwo, którym karmiła się od lat. Że twór który powstał przez jej przebiegłe działania był choć trochę prawdziwy.
Wiedziała, że nigdy nie pokochała Vakela tak jak żona kochała męża, przynajmniej w teorii, bo praktyka związków czystokrwistych czarodziejów rzadko przedstawiała się tak, jak opisywano ją w tych wszystkich pięknych i ckliwych powieściach. Przynajmniej to zdążyła zrozumieć w swoim życiu. A jednak w dość prosty sposób przez tą dekadę go polubiła.
Miała wrażenie, że się rozumieli i zaprzyjaźnili.
Żyła jednak złudzeniem, które sama na siebie zesłała.
Kolejne pytania, które zmuszały ją do odkrycia wszystkich sekretów, które zatrzymywała dla siebie. Mogła oczywiście skłamać. Usnuć historyjkę, która może przedstawiłaby sprawę w innym świetle.
Ale o ile Vakelowi łatwo było pewnie odgrodzić życie przed i po wyjawieniu tajemnicy amortencji, tak Annaleigh ciągle łapała się na tym, że chciała coś mu powiedzieć, na coś poskarżyć, albo wejść do salonu i przysiąść się na sąsiednim fotelu, w ciszy spędzając czas nad swoimi lekturami.
A do tej pory była z nim wyjątkowo szczera.
- To nie ja wybrałam - zaczęła, siadając na sofie, sprawiając nieświadomie, że nad nią górował. - Moja matka wyczuła okazję. - Westchnęła, wracając myślami do przeszłości i tych kilku dni, które w ogóle ich do tej sytuacji doprowadziły. - Wiedziała, że nie spieszyło mi się wtedy do szukania szansy na ustatkowanie się, jak na porządną czarownicę według niej przystało, po czym wzięła sprawę w swoje ręce. W moje wsadziła eliksir, jasno stwierdzając, że to pewnie moja jedyna szansa, by spełnić swoją rolę jako córka szanowanego rodu. - Patrzyła w bok, na te zasłony, które wcześniej wydawały jej się całkiem ładne. Teraz na ich widok ściskało ją w żołądku. Chciała dodać, że nigdy nie żałowała, że to do jego filiżanki dolała amortencji, odpowiednio szybko jednak ugryzła się w język. Próbowała ubrać swoje myśli w jakieś inne słowa, ale było jej w tej chwili niesamowicie trudno. Dlatego ostatecznie milczała, dalej nie unosząc na niego spojrzenia. Czuła, że to co zobaczy jej się nie spodoba.
Nie wiedziała, czy Vakel mógł w tym znaleźć sens. Kiedyś w jej głowie to wszystko było takie oczywiste, z czasem jednak coraz bardziej wątpiła, że to co robiła mogło zaprowadzić ją ostatecznie do czegoś dobrego. I miała ostatecznie rację. Zanim jednak Vakel miał wyjść, trzaskając zapewne drzwiami, chciała dodać tylko jedno.
- Zanim się dowiedziałeś o wszystkim, zaczęłam powoli zmniejszać dawkę dodawanego eliksiru - przerwała ciszę.
Sama nie wiedziała, czy próbowała się bronić, czy po prostu musiała zrzucić z siebie i ten ciężar, patrzyła jednak na swojego męża, próbując ocenić, jak na tę wieść zareaguje.
Jej ramiona znów oplotły ją ciaśniej. Serce zaczęło nieprzyjemnie się zaciskać. Nie wiedziała, czy przez emocje, czy przez jej przeklętą chorobę, a może przez jedno i drugie.
Wiedziała, że nigdy nie pokochała Vakela tak jak żona kochała męża, przynajmniej w teorii, bo praktyka związków czystokrwistych czarodziejów rzadko przedstawiała się tak, jak opisywano ją w tych wszystkich pięknych i ckliwych powieściach. Przynajmniej to zdążyła zrozumieć w swoim życiu. A jednak w dość prosty sposób przez tą dekadę go polubiła.
Miała wrażenie, że się rozumieli i zaprzyjaźnili.
Żyła jednak złudzeniem, które sama na siebie zesłała.
Kolejne pytania, które zmuszały ją do odkrycia wszystkich sekretów, które zatrzymywała dla siebie. Mogła oczywiście skłamać. Usnuć historyjkę, która może przedstawiłaby sprawę w innym świetle.
Ale o ile Vakelowi łatwo było pewnie odgrodzić życie przed i po wyjawieniu tajemnicy amortencji, tak Annaleigh ciągle łapała się na tym, że chciała coś mu powiedzieć, na coś poskarżyć, albo wejść do salonu i przysiąść się na sąsiednim fotelu, w ciszy spędzając czas nad swoimi lekturami.
A do tej pory była z nim wyjątkowo szczera.
- To nie ja wybrałam - zaczęła, siadając na sofie, sprawiając nieświadomie, że nad nią górował. - Moja matka wyczuła okazję. - Westchnęła, wracając myślami do przeszłości i tych kilku dni, które w ogóle ich do tej sytuacji doprowadziły. - Wiedziała, że nie spieszyło mi się wtedy do szukania szansy na ustatkowanie się, jak na porządną czarownicę według niej przystało, po czym wzięła sprawę w swoje ręce. W moje wsadziła eliksir, jasno stwierdzając, że to pewnie moja jedyna szansa, by spełnić swoją rolę jako córka szanowanego rodu. - Patrzyła w bok, na te zasłony, które wcześniej wydawały jej się całkiem ładne. Teraz na ich widok ściskało ją w żołądku. Chciała dodać, że nigdy nie żałowała, że to do jego filiżanki dolała amortencji, odpowiednio szybko jednak ugryzła się w język. Próbowała ubrać swoje myśli w jakieś inne słowa, ale było jej w tej chwili niesamowicie trudno. Dlatego ostatecznie milczała, dalej nie unosząc na niego spojrzenia. Czuła, że to co zobaczy jej się nie spodoba.
Nie wiedziała, czy Vakel mógł w tym znaleźć sens. Kiedyś w jej głowie to wszystko było takie oczywiste, z czasem jednak coraz bardziej wątpiła, że to co robiła mogło zaprowadzić ją ostatecznie do czegoś dobrego. I miała ostatecznie rację. Zanim jednak Vakel miał wyjść, trzaskając zapewne drzwiami, chciała dodać tylko jedno.
- Zanim się dowiedziałeś o wszystkim, zaczęłam powoli zmniejszać dawkę dodawanego eliksiru - przerwała ciszę.
Sama nie wiedziała, czy próbowała się bronić, czy po prostu musiała zrzucić z siebie i ten ciężar, patrzyła jednak na swojego męża, próbując ocenić, jak na tę wieść zareaguje.
Jej ramiona znów oplotły ją ciaśniej. Serce zaczęło nieprzyjemnie się zaciskać. Nie wiedziała, czy przez emocje, czy przez jej przeklętą chorobę, a może przez jedno i drugie.