23.08.2024, 20:46 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.08.2024, 20:46 przez Lorraine Malfoy.)
Lorraine nie skomentowała tęsknej nuty, która wybrzmiała w głosie Lestrange’a, kiedy wymawiał imię “Louis” – jakże fałszywie brzmiała w porównaniu “Lukrecja”, pomyślała mimo woli – choć Lorraine należała do tej samej klasy społecznej, co Laurence, nigdy nie rozumiała arystokratycznej fiksacji na punkcie pozostawienia po sobie męskiego potomka. Może dlatego, że była jedynym dzieckiem swojego ojca, który nigdy nie traktował jej inaczej, dlatego, że była córką a nie synem: wystarczyło, że była jego. A może dlatego, że Malfoyowie – gdyby głową rodziny została kobieta – prędzej wymusiliby małżeństwo matrylinearne aniżeli pozwoliliby zginąć swemu dumnemu nazwisku w annałach historii. Lorraine nic nie odpowiedziała także na zapewnienie Laurence’a odnośnie amortencji, udając pochłoniętą studiowaniem przepisu, który – w wersji podstawowej – znała na pamięć. Mężczyzną był z natury raczej powściągliwym, więc nie brała tego do siebie, kiedy niezgrabnie zmieniał temat albo zbyt długo milczał, nie wiedząc, co odpowiedzieć, choć czuła się wtedy trochę tak, jak gdyby miała jednocześnie lat piętnaście i pięćdziesiąt – zawsze zbyt bezpośrednia, absolutnie niespeszona dzielącą ich różnicą lat i doświadczenia – za młoda, by stroić poważne miny, ale i za stara, by dbać o stwarzanie pozorów.
”Mam nadzieję, że amortencja pachnie ci perfumami żony, a nie jak szpitalny płyn do dezynfekcji…” Kącik ust Lorraine drgnął zdradziecko, kiedy nachyliła się nad kociołkiem. Otto ją zepsuł, stwierdziła, spędzała z nim zbyt wiele czasu, i teraz szalenie ją bawiły ją takie bezczelne odzywki.
Lorraine potrafiła być bezczelna, choć jej bezczelność nie polegała na braku szacunku wobec drugiego człowieka, tylko na tym, że z niemal każdym starała się rozmawiać jak równy z równym, a nie wszyscy sobie tego życzyli. Zawsze chętniej wybierała towarzystwo ludzi starszych od niej, takich, którzy jej imponowali albo mogli czegoś nauczyć: po śmierci matki zerwała kontakty z większością rówieśników, zamykając się w ich kręgu. Ambrosia, Anthony, Eden, Elliott. I Otto. Bynajmniej nie robiła tak dlatego, że czuła się wyjątkowo dojrzała jak na swój wiek – nie, Lorraine zdążyła się pozbyć tego jakże złudnego przeświadczenia zanim jeszcze skończyła Hogwart – samo życie zweryfikowało, że pod wieloma względami wciąż była tylko głupią, młodą dziewczyną. Chyba po prostu potrzebowała kogoś, kto zrozumie. Może podświadomie szukała w tych przyjaźniach rodzicielskiej miłości – może potrzebowała wzorców, kogoś, kto dałby jej dobry przykład – kogoś, kto pomógłby jej naprostować kręte ścieżki losu… Bo w głowie Lorraine wszystko było tak szalenie splątane.
Nauka eliksirów przychodziła jej natomiast intuicyjnie, nigdy nie nastręczając trudności: ich warzenie wymagało precyzji niewybaczającej niedbalstwa, ale oferowało także kojącą powtarzalność, która zamknięta była w słowach receptury. Znajome ruchy, ściśle określone proporcje i natychmiastowy efekt w postaci odwaru wesoło bulgoczącego w kociołku – Lorraine znajdowała wiele satysfakcji w rutynie. Chętnie oddawała się pasji, by ukoić nerwy. Rozumiała pod tym względem swojego mistrza, choć nie miała pojęcia, że Laurence chwyta się każdej pracy by uzyskać finansową niezależność – ponieważ w jej oczach wszyscy członkowie rodziny Lestrange byli obrzydliwie bogaci, a pracę zawodową traktowali jako fikuśną fanaberię czy sposób na nudę – Lorraine zawsze była ambitna i dlatego darzyła szacunkiem ludzi, którzy mieli wystarczające samozaparcie, by osiągnąć sukces.
Kiedyś Lorraine marzyła o sukcesach Laurence’a, o tym, że zostanie mistrzynią eliksirów – był taki czas, że poświęciłaby wszystko, aby zgłębiać tajniki alchemii, kiedy łudziła się, że dorówna samemu Nicholasowi Flamelowi, a jeżeli znudzi ją praca naukowa, mówiła sobie, pójdzie w ślady Horacego Slughorna i zacznie nauczać młodych adeptów sztuki eliksirowarstwa – Lorraine miała wiele marzeń, ale wszystkie umarły razem z Mirandą, Mirandą, po której żałobę nosiła ostatni rok.
Kiedy wyjęła bowiem notatnik by zapisać swoje przemyślenia na temat prezentowanych eliksirów – tylko magia zdała się powstrzymywać gruby, wyświechtany przepiśnik przed rozpadem – kiedy powiodła palcami po sfatygowanych kartkach, wypełnionych jej drobnym pismem – zrozumiała, że trzyma w rękach klucz do mauzoleum swych dziecięcych pragnień, zezwłok zawiedzionych nadziei – truchło dziewczyny, którą niegdyś była. Była. Bo teraz Lorraine Malfoy stała się kimś zupełnie innym.
Pożegnała się z Laurencem tak serdecznie jakby żegnała się z nim już na zawsze.
”Mam nadzieję, że amortencja pachnie ci perfumami żony, a nie jak szpitalny płyn do dezynfekcji…” Kącik ust Lorraine drgnął zdradziecko, kiedy nachyliła się nad kociołkiem. Otto ją zepsuł, stwierdziła, spędzała z nim zbyt wiele czasu, i teraz szalenie ją bawiły ją takie bezczelne odzywki.
Lorraine potrafiła być bezczelna, choć jej bezczelność nie polegała na braku szacunku wobec drugiego człowieka, tylko na tym, że z niemal każdym starała się rozmawiać jak równy z równym, a nie wszyscy sobie tego życzyli. Zawsze chętniej wybierała towarzystwo ludzi starszych od niej, takich, którzy jej imponowali albo mogli czegoś nauczyć: po śmierci matki zerwała kontakty z większością rówieśników, zamykając się w ich kręgu. Ambrosia, Anthony, Eden, Elliott. I Otto. Bynajmniej nie robiła tak dlatego, że czuła się wyjątkowo dojrzała jak na swój wiek – nie, Lorraine zdążyła się pozbyć tego jakże złudnego przeświadczenia zanim jeszcze skończyła Hogwart – samo życie zweryfikowało, że pod wieloma względami wciąż była tylko głupią, młodą dziewczyną. Chyba po prostu potrzebowała kogoś, kto zrozumie. Może podświadomie szukała w tych przyjaźniach rodzicielskiej miłości – może potrzebowała wzorców, kogoś, kto dałby jej dobry przykład – kogoś, kto pomógłby jej naprostować kręte ścieżki losu… Bo w głowie Lorraine wszystko było tak szalenie splątane.
Nauka eliksirów przychodziła jej natomiast intuicyjnie, nigdy nie nastręczając trudności: ich warzenie wymagało precyzji niewybaczającej niedbalstwa, ale oferowało także kojącą powtarzalność, która zamknięta była w słowach receptury. Znajome ruchy, ściśle określone proporcje i natychmiastowy efekt w postaci odwaru wesoło bulgoczącego w kociołku – Lorraine znajdowała wiele satysfakcji w rutynie. Chętnie oddawała się pasji, by ukoić nerwy. Rozumiała pod tym względem swojego mistrza, choć nie miała pojęcia, że Laurence chwyta się każdej pracy by uzyskać finansową niezależność – ponieważ w jej oczach wszyscy członkowie rodziny Lestrange byli obrzydliwie bogaci, a pracę zawodową traktowali jako fikuśną fanaberię czy sposób na nudę – Lorraine zawsze była ambitna i dlatego darzyła szacunkiem ludzi, którzy mieli wystarczające samozaparcie, by osiągnąć sukces.
Kiedyś Lorraine marzyła o sukcesach Laurence’a, o tym, że zostanie mistrzynią eliksirów – był taki czas, że poświęciłaby wszystko, aby zgłębiać tajniki alchemii, kiedy łudziła się, że dorówna samemu Nicholasowi Flamelowi, a jeżeli znudzi ją praca naukowa, mówiła sobie, pójdzie w ślady Horacego Slughorna i zacznie nauczać młodych adeptów sztuki eliksirowarstwa – Lorraine miała wiele marzeń, ale wszystkie umarły razem z Mirandą, Mirandą, po której żałobę nosiła ostatni rok.
Kiedy wyjęła bowiem notatnik by zapisać swoje przemyślenia na temat prezentowanych eliksirów – tylko magia zdała się powstrzymywać gruby, wyświechtany przepiśnik przed rozpadem – kiedy powiodła palcami po sfatygowanych kartkach, wypełnionych jej drobnym pismem – zrozumiała, że trzyma w rękach klucz do mauzoleum swych dziecięcych pragnień, zezwłok zawiedzionych nadziei – truchło dziewczyny, którą niegdyś była. Była. Bo teraz Lorraine Malfoy stała się kimś zupełnie innym.
Pożegnała się z Laurencem tak serdecznie jakby żegnała się z nim już na zawsze.
Koniec sesji