24.08.2024, 10:22 ✶
Baldwin nieszczególnie zwracał uwagę na wszelkie wewnętrzne rozterki chłopaka – to jak przysiadł tylko na rogu kanapy, bojąc się, że cokolwiek sobie pobrudzi; jak niepewnie trzymał kubek z herbatą, jakby ten miał się mu w dłoniach rozpaść. Nie robił tego, bo Charles patrzył, ale wciąż jeszcze nie widział. Gdyby tylko poświęcił rozejrzeniu się po pokoju więcej niż parę sekund – dostrzegłby oznaki geniuszu. Nic nie znajdowało się tu na swoim miejscu, ale wszystko razem tworzyło jedną całość. Jakby Baldwin zamknął chaos w małej szklanej kulce i potrząsał nim od czasu do czasu niczym znudzone dziecko.
Wystarczyło tylko spojrzeć ponad przeżartą od farb i rozpuszczalników podłogę; plamy na starych zasłonach. Diabeł do osobowości tego czarodzieja tkwił w szczegółach. W czymś co wyglądało jak pokraczna, ale własnoręcznie uszyta poduszeczka położona w słońcu na parapecie – z pewnością przeznaczona dla szczurzycy. W stercie różnych wydań szekspirowskiego Hamleta piętrzących się na stoliku zaraz obok otwartej drewnianej szaty z kostiumem duńskiego księcia.
- Twoja matka była Malfoy’em?- Zapytał blondyn kładąc nacisk na użyty czas przeszły, starając się przy tym by w jego głosie nie pojawiła nawet nuta zdegustowania, które wypełniło mu gardło niczym źle zważone piwo. Przesunął się bliżej na kanapie w stronę Charlie’go poszukując w nim jakiś charakterystycznych cech rodu. Dziwka. Rozcieńczać ich wspaniałą krew. Parsknął śmiechem słysząc o ich „dobrym ułożeniu”; ponownie, gdy padły słowa o reprezentowaniu rodziny. Och tak. Bo przecież właśnie to widziano. Piękną fasadę, gdzie wszyscy ważni tego świata dziedzice chodzili pod ramię ze zblazowanymi dziedziczkami. Obciągali sobie nawzajem już za zamkniętymi drzwiami.
Przesunął uważnym spojrzeniem po twarzy towarzysza, rozbierając ją kawałeczek po kawałeczku. Zapamiętując koloryt, każde drobne przebarwienie, linie – i te ostre i łagodne.- Nic dziwnego, że jesteś piękny. Masz to po mojej rodzinie.
Nie zasługujesz na to piękno. Ukradłeś je.
Może i Mulciber brzmiał profesjonalnie.
Jak te wszystkie panieneczki z objazdowymi próbkami eliksirów. Wypindrzone, w różowych szatach i przyklejonym na twarz uśmiechem domokrążców, prezentowały swoje produkty w małych fikuśnych fiolkach.
Eliksir na bezsenność, na niedoskonałości, na rozdwajające się końcówki bo przecież kto by nie chciał mieć włosów jak z rozkładówki Czarownicy. Jeszcze tylko dzisiaj promocja! Trzydzieści galeonów za cały zestaw trzydziestu różnych medykamentów! Gdyby kupować osobno – każdy jeden to aż 4 galeony 99 knutów! Matka jedna widzi, że tracę na tym!
Zazwyczaj wtedy odpowiadał tym samym perlistym uśmiechem, rzucał jednym z tych żałosnych tekstów w stylu „jakież ma pani zachwycające oczy/włosy/kości policzkowe!” i zapraszał do środka. Wychodziły nad ranem w pomiętych szatach, skołowane i naćpane, dopiero na dole orientując się, że nie tylko nie pamiętają co się działo przez ostatnie kilka godzin, ale w dodatku nigdzie nie ma ich fikuśnych eliksirów. Żadne jednak nie wracała.
Tym razem Baldwin jednak słuchał – choć na takiego wcale nie wyglądał. Pogrążony we własnym świecie uciekających, skołatanych myśli, pozwalał aby słowa Charlie’go utkwiły mu w głowie. Litery składały się w wyrazy, te składały w kolejne zdania.
Zwyczajne pierdolenie o Beethovenie.
- Och ależ oczywiście, że możesz robić inne rzeczy. Takie jak… yyy… Księgowość? Czy coś. Nie wiem co robią poważni ludzie. Na pewno nie żyją. Bytują. Egzystują. Ale nie żyją. - Wzruszył lekko ramionami.- Brzmi ekscytująco jak kurwa mać. Ale to respektowany zawód. Albo nie wiem, zostań psem Ministerstwa? Idź do BUMU, dadzą ci mundurek, na który pluje pół Nokturnu.- Ziewnął i ostentacyjnie przewrócił oczami.- I błagam nie mów do mnie „per pan”. Sprawiasz, że czuję się tak staro jak mój brat!- Zaśmiał się chrapliwie, odstawiając swój kubek na podłokietnik kanapy. Upewnił się tylko, że stoi w miarę stabilnie na chropowatym, wyjątkowo tanim materiale. – A Reni ma już z ile…- Zawahał się przez moment.- … Z dwadzieścia sześć lat?
Podniósł się powoli z kanapy, kiwając lekko palcem wskazującym na Mulcibera, aby ten zrobił to samo. Na chudym, wręcz kościstym placu tkwił sygnet rodowy Malfoyów – choć to akurat nie było nic niezwykłego. Każde dziecko w ich rodzinie otrzymywało taki w dniu narodzin.
- Chodź. Pokażę ci co naprawdę w tym kocham.- Zniżył głos do niemal konspiracyjnego szeptu, robiąc krok w stronę niedokończonego portretu dziewczyny, ustawionego na sztaludze. Niczym rusałka wodna wabiąca nieszczęśnika na środek jeziora, by go zadusić i utopić w lodowatych wodach.
Wystarczyło tylko spojrzeć ponad przeżartą od farb i rozpuszczalników podłogę; plamy na starych zasłonach. Diabeł do osobowości tego czarodzieja tkwił w szczegółach. W czymś co wyglądało jak pokraczna, ale własnoręcznie uszyta poduszeczka położona w słońcu na parapecie – z pewnością przeznaczona dla szczurzycy. W stercie różnych wydań szekspirowskiego Hamleta piętrzących się na stoliku zaraz obok otwartej drewnianej szaty z kostiumem duńskiego księcia.
- Twoja matka była Malfoy’em?- Zapytał blondyn kładąc nacisk na użyty czas przeszły, starając się przy tym by w jego głosie nie pojawiła nawet nuta zdegustowania, które wypełniło mu gardło niczym źle zważone piwo. Przesunął się bliżej na kanapie w stronę Charlie’go poszukując w nim jakiś charakterystycznych cech rodu. Dziwka. Rozcieńczać ich wspaniałą krew. Parsknął śmiechem słysząc o ich „dobrym ułożeniu”; ponownie, gdy padły słowa o reprezentowaniu rodziny. Och tak. Bo przecież właśnie to widziano. Piękną fasadę, gdzie wszyscy ważni tego świata dziedzice chodzili pod ramię ze zblazowanymi dziedziczkami. Obciągali sobie nawzajem już za zamkniętymi drzwiami.
Przesunął uważnym spojrzeniem po twarzy towarzysza, rozbierając ją kawałeczek po kawałeczku. Zapamiętując koloryt, każde drobne przebarwienie, linie – i te ostre i łagodne.- Nic dziwnego, że jesteś piękny. Masz to po mojej rodzinie.
Nie zasługujesz na to piękno. Ukradłeś je.
Może i Mulciber brzmiał profesjonalnie.
Jak te wszystkie panieneczki z objazdowymi próbkami eliksirów. Wypindrzone, w różowych szatach i przyklejonym na twarz uśmiechem domokrążców, prezentowały swoje produkty w małych fikuśnych fiolkach.
Eliksir na bezsenność, na niedoskonałości, na rozdwajające się końcówki bo przecież kto by nie chciał mieć włosów jak z rozkładówki Czarownicy. Jeszcze tylko dzisiaj promocja! Trzydzieści galeonów za cały zestaw trzydziestu różnych medykamentów! Gdyby kupować osobno – każdy jeden to aż 4 galeony 99 knutów! Matka jedna widzi, że tracę na tym!
Zazwyczaj wtedy odpowiadał tym samym perlistym uśmiechem, rzucał jednym z tych żałosnych tekstów w stylu „jakież ma pani zachwycające oczy/włosy/kości policzkowe!” i zapraszał do środka. Wychodziły nad ranem w pomiętych szatach, skołowane i naćpane, dopiero na dole orientując się, że nie tylko nie pamiętają co się działo przez ostatnie kilka godzin, ale w dodatku nigdzie nie ma ich fikuśnych eliksirów. Żadne jednak nie wracała.
Tym razem Baldwin jednak słuchał – choć na takiego wcale nie wyglądał. Pogrążony we własnym świecie uciekających, skołatanych myśli, pozwalał aby słowa Charlie’go utkwiły mu w głowie. Litery składały się w wyrazy, te składały w kolejne zdania.
Zwyczajne pierdolenie o Beethovenie.
- Och ależ oczywiście, że możesz robić inne rzeczy. Takie jak… yyy… Księgowość? Czy coś. Nie wiem co robią poważni ludzie. Na pewno nie żyją. Bytują. Egzystują. Ale nie żyją. - Wzruszył lekko ramionami.- Brzmi ekscytująco jak kurwa mać. Ale to respektowany zawód. Albo nie wiem, zostań psem Ministerstwa? Idź do BUMU, dadzą ci mundurek, na który pluje pół Nokturnu.- Ziewnął i ostentacyjnie przewrócił oczami.- I błagam nie mów do mnie „per pan”. Sprawiasz, że czuję się tak staro jak mój brat!- Zaśmiał się chrapliwie, odstawiając swój kubek na podłokietnik kanapy. Upewnił się tylko, że stoi w miarę stabilnie na chropowatym, wyjątkowo tanim materiale. – A Reni ma już z ile…- Zawahał się przez moment.- … Z dwadzieścia sześć lat?
Podniósł się powoli z kanapy, kiwając lekko palcem wskazującym na Mulcibera, aby ten zrobił to samo. Na chudym, wręcz kościstym placu tkwił sygnet rodowy Malfoyów – choć to akurat nie było nic niezwykłego. Każde dziecko w ich rodzinie otrzymywało taki w dniu narodzin.
- Chodź. Pokażę ci co naprawdę w tym kocham.- Zniżył głos do niemal konspiracyjnego szeptu, robiąc krok w stronę niedokończonego portretu dziewczyny, ustawionego na sztaludze. Niczym rusałka wodna wabiąca nieszczęśnika na środek jeziora, by go zadusić i utopić w lodowatych wodach.