Pokiwał głową. Jeszcze musiał się zastanowić, bo Dwór Longbottomów to też nie był, bo mieszkał w nim aż jeden i to taki, słowa któregoś z braci, niedorobiony. Cherlawy, naukowiec nie wojownik.
— Jesteś odważny, jeśli zakładasz, że już tego nie zrobiłem — stwierdził z humorem. Jego niemal słoneczne usposobienie nie pasowało do mglistego Little Hangleton. Nostalgiczny, melancholijny Anthony pasował do tego dużo bardziej. Morpheus pasował raczej właśnie do Doliny lub tętniącej życiem Pokątnej. — Spodziewam się, że nie będę wcale cieszył się taką samotnością, jak bym chciał, poza tym reszta twojego wujostwa i twoja matka zapewnią mi dość towarzystwa.
Nie zamierzał wspominać Jessiemu o problemach jego chrzestnego z byłym kochankiem, wampirem, który czyhał na śmiertelność Jonathana i jednocześnie groził jego przyjaciołom. Nie chciał, aby Jessie poczuł potrzebę bycia protektorem Charlotte w zamian za swojego ojca ani czując powinność wobec wujostwa. Zresztą, im mniej osób wiedziało, tym lepiej, bo finał tej różanej operacji mógł być niekoniecznie legalny.
Wskazał na wieżyczkę, a rękaw jego szaty magicznej przesunął się w dół łokcia, odsłaniając przedramię czarodzieja i klasyczny pasek mocujący różdżkę, umieszczoną na przedramieniu, z mechanizmem, który pozwalał dobyć jej w ułamek sekundy. Trwała wojna.
— Wieża astronomiczna. Tu będę mieć pracownię i chyba tutaj jest najwięcej pracy dla ciebie. Zapraszam w moje skromne progi.
Gdy dotarli do obwieszonych na zawiasach drzwiach, pchnął je mocno, a te z piskiem oburzenia i skrzekiem otworzyły się na kilka centymetrów. Pchnął jeszcze raz, tym razem barkiem i wtedy odpuściły, prawie wyrywając się z zawiasów. Weszli do dużego hallu z kopułą, na środku posadzki ktoś pozostawił resztki jakiegoś rytuału, smugi krwi i ptasie pióra były wyraźnymi tego znakami. Gospodarz wydawał się jednak zupełnie nieprzejętym tym objawem wandalizmu.
— Planuję tutaj czterometrową Atenę, po stronie z włócznią z salą do pojedynków, po stronie z księgą z gabinetem i biblioteką. Tam jest wejście na piętro i antresolę...
Obrócił się o dziewięćdziesiąt stopni, zamiast wchodzić w dwie ciemne jamy przed nimi, przejście do wieżyczki, które dawno temu całkowicie straciło drzwi, nosiło ślady próby zamurowania i podpalenia.
Młody klątwołamacz mógł wyczuć resztki magii dookoła siebie z fachową wprawą. Nic wielkiego, ale nawarstwianie się magicznych odpadków. Poza centrum z rytuałem, tam magia była gęstsza, jakby bardziej lepka, słodka jak miód i dzika, jakby trafił do ula leśnych pszczół.