24.08.2024, 13:29 ✶
W standardowych okolicznościach uwielbiał swoją pracę. Nie bez przyczyny spędzał w Mungu większość życia i niemal nigdy nie umykał przed dodatkowymi dyżurami. No właśnie. Tak było zazwyczaj, ale nie dziś.
Skłamałby i to przeokrutnie, gdyby stwierdził, że to był jego dzień. Prawdę mówiąc, to każda upływająca minuta zdawała się potwierdzać, że nie tylko nie był to dzień Ambroise'a, lecz każdy przebywający w Mungu (uzdrowiciel czy pacjent) cierpiał na paskudną przypadłość fatalnej soboty. Była gorsza niż większość standardowych sobót. Gdyby nie zwrócił uwagi na kalendarz, powiedziałby, że już zaczęła się pełnia księżyca, podczas której dyżury na ogół obfitowały w chaos. Na ich nieszczęście (a może jednak na szczęście, kto wie) do tej zostało jeszcze kilka dni. To było coś innego. Jakby jakaś inna siła serwowała im nieustanne rozrywki. Przekorna i złośliwa.
Minęło dużo czasu zanim Greengrass zobaczył wnętrze swojego gabinetu. Od pierwszej sekundy dyżuru musiał odpowiadać na naglące przypadki, toteż gdy tylko zrobiło się trochę spokojniej postanowił w pełni skupić się na nadrobieniu wszystkich zaległości, których nazbierał pokaźną stertę. Zajęty spoglądaniem w magimikroskop i sporządzaniem notatek, niemal nie zwrócił uwagi na pukanie do drzwi. Dopiero ich skrzypnięcie przywołało go do rzeczywistości.
- Florence - kiwnął głową, ani na moment nie unosząc wzroku, żeby upewnić się odnośnie tożsamości gościa. Charakterystyczny ton głosu rozpoznałby wszędzie. Odchrząknął, ledwo powstrzymując ciężkie westchnienie. Nie dał się zwieść temu jak opanowanie brzmiała. Tego dnia sama wizyta koleżanki po fachu zwiastowała konieczność zmierzenia się z narastającym chaosem na korytarzu. Dźwięki dochodzące przez nieszczelność w drzwiach od dawna przygotowywały go na tę okoliczność, ale dotychczas (przez jakieś całe pół godziny jak pokazał rzut oka na zegarek) udawało mu się unikać angażu w łapanie żab i inne ciekawe czynności. Najwidoczniej znów przyszła kryska na matyska. Ponownie chrząknął, niespiesznie odsunął magiczny mikroskop i strzelił knykciami, podczas gdy kobieta wyłuszczała sprawę. Wtedy po raz pierwszy spojrzał na rozmówczynię, uniesieniem brwi dając do zrozumienia, żeby kontynuowała.
- Jeśli nie pomylił ingrediencji jak ci tam - pobieżnie machnął ręka w kierunku drzwi dając do zrozumienia, że chodziło mu o rechoczące zamieszanie, które rozniosło się po niemal wszystkich piętrach szpitala - to masz moją pełną uwagę.
Klątwa była czymś nowym i odmiennym, a więc godnym zainteresowania przerywającego mu aktualne czynności. Jego dotychczasowy dyżur skupiał głównie skrajnie idiotyczne przypadki. Nagłe przez swoje marne skutki, ale bardzo typowe pomyłki i eksperymenty z zamiennikami składników. Zadziwiające ile osób uważało, że kijanka i salamandra to niemal to samo. O kijanki było trudniej, o salamandrę łatwiej... a potem jeszcze dochodziła trywialna kwestia niewłaściwych proporcji i przykładowy przepis na porażkę był już gotowy. Gorący i bulgoczący kociołek z niespodzianką. Voilà!
- To może poczekać - machnął ręka w kierunku biurka i rozłożonych tam różności. Mówiąc to, wstał z miejsca i potarł zaraz palcami kark, marszcząc czoło. - Co sugeruje klątwę? - spytał.
Potrzebował dowiedzieć się jak najwięcej zanim jeszcze zobaczy pacjenta. Część jego kolegów z Munga preferowała wpierw wydać własny osąd a potem uzyskać informacje, ale on twierdził inaczej. Czekała ich droga na miejsce, więc równie dobrze mógł wiedzieć, na co się szykować.
Skłamałby i to przeokrutnie, gdyby stwierdził, że to był jego dzień. Prawdę mówiąc, to każda upływająca minuta zdawała się potwierdzać, że nie tylko nie był to dzień Ambroise'a, lecz każdy przebywający w Mungu (uzdrowiciel czy pacjent) cierpiał na paskudną przypadłość fatalnej soboty. Była gorsza niż większość standardowych sobót. Gdyby nie zwrócił uwagi na kalendarz, powiedziałby, że już zaczęła się pełnia księżyca, podczas której dyżury na ogół obfitowały w chaos. Na ich nieszczęście (a może jednak na szczęście, kto wie) do tej zostało jeszcze kilka dni. To było coś innego. Jakby jakaś inna siła serwowała im nieustanne rozrywki. Przekorna i złośliwa.
Minęło dużo czasu zanim Greengrass zobaczył wnętrze swojego gabinetu. Od pierwszej sekundy dyżuru musiał odpowiadać na naglące przypadki, toteż gdy tylko zrobiło się trochę spokojniej postanowił w pełni skupić się na nadrobieniu wszystkich zaległości, których nazbierał pokaźną stertę. Zajęty spoglądaniem w magimikroskop i sporządzaniem notatek, niemal nie zwrócił uwagi na pukanie do drzwi. Dopiero ich skrzypnięcie przywołało go do rzeczywistości.
- Florence - kiwnął głową, ani na moment nie unosząc wzroku, żeby upewnić się odnośnie tożsamości gościa. Charakterystyczny ton głosu rozpoznałby wszędzie. Odchrząknął, ledwo powstrzymując ciężkie westchnienie. Nie dał się zwieść temu jak opanowanie brzmiała. Tego dnia sama wizyta koleżanki po fachu zwiastowała konieczność zmierzenia się z narastającym chaosem na korytarzu. Dźwięki dochodzące przez nieszczelność w drzwiach od dawna przygotowywały go na tę okoliczność, ale dotychczas (przez jakieś całe pół godziny jak pokazał rzut oka na zegarek) udawało mu się unikać angażu w łapanie żab i inne ciekawe czynności. Najwidoczniej znów przyszła kryska na matyska. Ponownie chrząknął, niespiesznie odsunął magiczny mikroskop i strzelił knykciami, podczas gdy kobieta wyłuszczała sprawę. Wtedy po raz pierwszy spojrzał na rozmówczynię, uniesieniem brwi dając do zrozumienia, żeby kontynuowała.
- Jeśli nie pomylił ingrediencji jak ci tam - pobieżnie machnął ręka w kierunku drzwi dając do zrozumienia, że chodziło mu o rechoczące zamieszanie, które rozniosło się po niemal wszystkich piętrach szpitala - to masz moją pełną uwagę.
Klątwa była czymś nowym i odmiennym, a więc godnym zainteresowania przerywającego mu aktualne czynności. Jego dotychczasowy dyżur skupiał głównie skrajnie idiotyczne przypadki. Nagłe przez swoje marne skutki, ale bardzo typowe pomyłki i eksperymenty z zamiennikami składników. Zadziwiające ile osób uważało, że kijanka i salamandra to niemal to samo. O kijanki było trudniej, o salamandrę łatwiej... a potem jeszcze dochodziła trywialna kwestia niewłaściwych proporcji i przykładowy przepis na porażkę był już gotowy. Gorący i bulgoczący kociołek z niespodzianką. Voilà!
- To może poczekać - machnął ręka w kierunku biurka i rozłożonych tam różności. Mówiąc to, wstał z miejsca i potarł zaraz palcami kark, marszcząc czoło. - Co sugeruje klątwę? - spytał.
Potrzebował dowiedzieć się jak najwięcej zanim jeszcze zobaczy pacjenta. Część jego kolegów z Munga preferowała wpierw wydać własny osąd a potem uzyskać informacje, ale on twierdził inaczej. Czekała ich droga na miejsce, więc równie dobrze mógł wiedzieć, na co się szykować.