24.08.2024, 22:42 ✶
Południowe stragany
Odpowiedzią na ten rumieniec był kolejny, tym razem ciepły uśmiech. To musiało brzmieć bardzo, bardzo źle w kontekście tego, jak się zachowywał, ale naprawdę uspokoiło go to, że miał na Prewetta taki wpływ. Wciąż. Mimo tych wszystkich paskudnych słów, mimo potraktowania go jak jakiejś pobocznej opowieści w historii swojego wielkiego romansu, o którym mówił w tak pompatyczny sposób, zupełnie jakby nie spał teraz na kanapie siostry i nie zastanawiał się nad tym, czy trzecie z rzędu uderzenie w twarz nie przekreślało szans na te jego wymarzone, szczęśliwe zakończenie. Przyciągał go do siebie i odpychał, wplątując blondyna w swoją okropną sieć manipulacji. Czasami świadomie, czasami nie. Sam się już w tym gubił, w tym czego chciał i czego potrzebował też. Przyjaźń, tak? Chciał być jego przyjacielem, jeszcze przed chwilą tak żywo o tym myślał - o braku emocji i spokoju w związku z tym, jak miało układać się to, co pomiędzy nimi rosło.
Najwyraźniej z nim nic nie miało być proste.
Wciąż miał wrażenie, że gdyby zobaczył Prewetta z kimś innym, serce pękłoby mu tak samo, jak gdyby zobaczył z kimś innym innego faceta wplątanego tę sieć. To było głupie - mówić, że się kogoś nie chce, a jednak zwijać się na samą myśl o powodach do zazdrości. Sophie Mulciber nie była w oczach Crowa słodka. O jedno mrugnięcie za dużo. O sekundę za długie spojrzenie. Myślał o niej źle, bo przecież...
Zaczesał włosy za ucho, śmiejąc się pod nosem i przygryzł wargę.
- Byłoby miło, gdybyś podzielił się z samym sobą wyrozumiałością, jaką dla mnie masz. Nigdy jeszcze nie widziałem cię tak złego, wyglądałeś całkiem hot.
Ale to naucz mnie? W tym hałasie, w tym tłoku, w tym ścisku. Przy innej melodii docierającej teraz do ich uszu. Nie było mowy, żeby rozdzielił swoją uwagę aż tak bardzo - na pewno nie kiedy pozostawał skupiony na otaczających ich ludziach i potencjalnie płynących od nich zagrożeniach.
- Nie - rzucił całkiem swobodnie jak na wcześniejszy poziom drżenia głosu - ale mogę powiedzieć ci, skąd ta piosenka jest. Z The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars Davida Bowiego. Mugola. - Doprecyzował jego pochodzenie, bo to zawężało listę sklepów, w których można było potencjalnie dostać jego płytę lub kasetę. Czy zależało mu na tym, żeby blondyn go posłuchał? Nie wiedział. Uszczknął mu jednak jakąś część siebie - bycie cool jak Bowie stało się w to lato jedną z najważniejszych rzeczy definiujących go poza licznymi romansami. Do tego stopnia, że rozważał zmuszenie kogoś do kupienia mu biletu na najbliższy gig piosenkarza, tylko jeszcze nie wymyślił żadnej sensownej okazji - na szczęście wciąż istnieli ludzie, którzy tej okazji nie potrzebowali. - Ale ostrzegam, że to piosenka o upadku człowieka.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.