Nie kłamał, kiedy mówił, że to wspaniałe mieć tak wielkie serce wypełnione po brzegi umiłowaniem. Za to kłamał w całej otoczce tego. Że jemu to nie przeszkadza? Owszem, nie przeszkadzało, dopóki sam trzymał bezpieczny dystans od tego uczucia. Mógłby go pokochać, ale nie miał odwagi wyciągania do niego rąk, kiedy granica była tak wyraźnie postawiona. Zbyt wiele razy się sparzył, zbyt wiele razy to fizycznie wręcz bolało i zamiast wypoczętym to budziłeś się... albo nie mogłeś zasnąć, bo krew była wszędzie, wszystko nią śmierdziało, bo wszystkie te dziwne i niedorzeczne wydarzenia, jakie miało się w głowie przykręcały gwóźdź do trumny spokoju. Ty nie leżałeś razem ze Spokojem w tej trumnie. Los nie był na tyle łaskawy, och nie! Ból. Dobrze, że Fleamont zachował wtedy na tyle przytomności, żeby na tamto pytanie odpowiedzieć, bo nie dawałoby mu to spokoju. I tak zaprzątało myśli. Co było takiego w bólu, że ludzie go poszukiwali. Co w nim widzieli. Dlaczego go pragnęli. Ta noga Flynna pewnie bolała go nawet teraz. Albo i nie bolała, bo może dali mu eliksiry - taką miał nadzieję. W tym korkociągu wydarzeń jakoś nawet się nad tym nie zastanowił, kiedy wędrowali przez te stragany i dotarło to do niego dopiero teraz, kiedy pomyślał, że chyba w tym wydaniu go jeszcze nie widział. Bo pomyślał też o wydaniach, w jakich go widział. Ale czy ktoś, kogo coś boli, może się TAK zachowywać? Tańczyć? Spacerować po całym Lammas z kotem w koszu?
- Trzeba się bardzo postarać, żeby mnie w takim stanie zobaczyć. A Lammas bardzo się o to stara co kilka kroków. - Mógłby się zawstydzić za nazwanie go "hot"? Mógł, bo zawstydził się teraz. Całkowicie wyjątkowo - i do tego lepiej też się nie przyzwyczajać, bo jego "zawstydzenia" były pruderyjne. Och zgrozo, ktoś kiedyś mógłby powiedzieć, że po prostu fałszywe. Ale ludzie to lubili, zdawał sobie z tego sprawę, a przynajmniej szukali tego w nim - delikatności w każdym odruchu, słowie i geście. Tutaj natomiast zawstydzenie nie pochodziło z samego komplementu, a raczej do tego, co było jego sednem. To było w jego głowie raczej żenujące, że stracił nad sobą kontrolę i sobie pozwolił na takie zachowanie.
Pokiwał automatycznie głową, kiedy usłyszał tytuł, chcąc go zapamiętać, ale kiedy zostało dodane, że to mugol, trochę zrzedła mu mina. Nie dlatego, że TO MUGOL. Dlatego, że poruszanie się po świecie mugoli było straszne. Obce. Czasem wędrował do poznanego poety podczas nocy Słońca i Księżyca, a to i tak był "damage control".
- Musisz mnie w takim razie zaprowadzić gdzieś, gdzie można to nabyć. - Właściwie to wcale nie musiał, ale Laurent powiedział to nieco szybciej, niż pomyślał, bo przecież jeśli ktoś miałby mu umożliwić dostanie się do płyty pana Bowiego, to proszę bardzo - Flynn, prawda? - Bo jak rozumiem nie posiadasz jego płyty? - Zainteresował się od razu. - Och, więc idealnie. - Uśmiechnął się enigmatycznie, trochę rozbawiony ostrzeżeniem, ale jednocześnie wcale nie było mu do śmiechu.
Właściwie nie zauważył nawet dobrze tego, że rozminął się ze swoim kuzynem, któremu towarzyszyła urodziwa niewiasta, kiedy jego wzrok spoczął na Charlesie. Charlesie, do którego uśmiechnął się ciepło, z wdzięcznością wręcz. A za co ta wdzięczność? To rodzaj ulgi - wdzięczność do Matki, że nic się temu chłopakowi (już mężczyźnie!) nie stało i chyba nawet włos mu z głowy nie spadł przy tym zamieszaniu.
- Dobry wieczór, Charles. - Nie trzeba było być geniuszem, żeby nie wyłapać zmiany w głosie Laurenta - na słodszy, jakby zaraz miał szeptać na uszko i uderzać gorącym oddechem w szyję. Nie zamierzał się tu na dłuższy moment zatrzymywać - mieli w końcu koncert do obejrzenia.