Lammas… miało być jutro. Co prawda wcześniej Victoria nie była nazbyt religijna, raz na jakiś czas odwiedzała jakiś sabat na chwilę i to tyle, w jej rodzinie jednak dbano o te wszystkie pierdółkowate obrzędy związane z każdym świętem i teraz, kiedy się przeprowadziła… jakoś nieodpowiednim było dla niej, by tego nie kontynuować. To byłoby zresztą jej pierwsze święto w nowym miejscu i być może tym lepiej byłoby poprosić bogów o ochronę? Tak na dobrą wróżbę. Wiele się jednak w życiu Victorii zmieniło i jak wcześniej była sceptyczna, tak teraz całkiem poważnie podchodziła do tematu wiary. Bo wierzyła, że tam gdzieś jest jakaś opatrzność. W maju wydarzyły się tak dziwaczne rzeczy, że musiałaby być ślepa i głucha, żeby nie brać pod uwagę, że wcześniej była po prostu ignorantką. Nie była wcale pewna, czy nazajutrz w ogóle wybierać się na kiermasz na Pokątnej, ostatecznie nie będzie to żaden sabat, a jedynie miejsce, gdzie ludzie będą mogli się trochę rozerwać, po tym co miało miejsce na ostatnich dwóch… dlatego nie wiedziała. Ale tymczasem zabrała się za to, co zawsze robiło się przed Lammas.
Wcześniej tego dnia wpuściła tutaj specjalistów, którzy nałożyli na jej dom zabezpieczenie związane z wyciszeniem go tak, by podsłuchiwanie było tutaj niemożliwe. Victoria wolała się zabezpieczyć, biorąc uwagę, że bądź co bądź – zadawała się że Śmierciożercą i ostrożności nigdy nie było za wiele… poza tym miała też swoje tajemnice. Wolała więc się zabezpieczyć i czuć się chociaż trochę bezpieczniej, skoro już udało jej się wyrwać z domu. Dopiero kiedy upewnili się, że wszystko działa jak należy i poszli sobie, zabrała się za sprzątanie.
Akurat w przeciwieństwie do Laurenta, doskonale wiedziała jak to się robi, bo chociaż całe życie miała obok siebie skrzaty, to Victoria miała prawdziwego pierdolca na punkcie porządku i prócz tego, że opanowała chyba wszystkie zaklęcia związane z czyszczeniem i sprzątaniem, to umiała też machać miotłą. I kiedy była tutaj sama, a chciała wysprzątać porządnie, to wolała stałe kontrolować, jak druga, zaklęta przez nią miotła zamiata i co. Nie spodziewała się już dzisiaj żadnych gości, ale tak po prawdzie, to zazwyczaj się ich nie spodziewała i absolutnie w niczym to nie przeszkadzało tak długo, jak ten gość był jej miły. Mało było osób, które znały ten adres, to i lista potencjalnych odwiedzających mocno się kurczyła, lecz niedługo Laurent stał pod drzwiami, bo chwilę później faktycznie je otworzyła, w swoim roboczym ubraniu (nadal bardzo schludnym… spodnie i zapewne droga koszula) i z miotłą w ręce.
– Dobry wieczór, Laurencie – odpowiedziała mu w podobnym tonie, tyle że nie zrobiła dziwnej pauzy, a zaraz jej oblicze się rozpromieniło – bo oto jej przyjaciel chyba raz w życiu przyszedł gdzieś niezapowiedziany, a do tego trzymał bukiet kwiatów. – Ależ skąd! Przygotowuję się do Lammas po prostu i mam trochę czasu to uznałam, że czemu nie zrobić tego jak należy, wchodź – zaprosiła go do środka i zamknęła drzwi, żeby małemu czarnemu kociakowi nie przyszło do głowy wybiec na zewnątrz, chociaż pewnie zatrzymałaby się przy schodach, które prowadziły do drzwi wejściowych – to był taki wysoki parter. Kicia zresztą najwyraźniej była bardziej zaaferowana ciągle poruszającą się małą miotełką zaczarowaną właśnie ku jej uciesze. – To Luna – przedstawiła Laurentowi swoją małą towarzyszkę, która od kilku dni nie odstępowała Victorii na krok, gdy tylko była w domu. – Jak widzisz sprząta razem ze mną – roześmiała się, wymieniając się z Laurentem tym, co trzymali w rękach – bo kiedy wręczył jej bukiet słoneczników, ona wcisnęła mu w dłoń swoją miotłę. – Napijesz się czegoś? – zaprowadziła ich zresztą do przestronnej kuchni która znajdowała się tutaj na parterze.