- Muszę się upewnić, że jednemu znajomemu nic nie jest, który był w centrum tego zamieszania. - A jak będzie miał tę pewność - to tak, chciał postać z nim. W zasadzie to nie, nie chciał z nim postać. Chciał z nim stąd odejść i znaleźć się w bardziej zacisznym miejscu - w tym miejscu, skąd mogli oglądać koncert i się nim cieszyć. Zaraz. Za moment. Za nieświadomą chwilę, że przecież Flynn był psem ogrodnika - samemu nie weźmie, ale innym nie chce oddać. Albo chce? Nie chce? Byłoby łatwiej, gdyby decyzje były podejmowane... ale przecież decyzje należało podejmować za Flynna. Och, gdyby to było takie proste. Gdyby było to Fleamont nie spałby właśnie u siostry i nie zostałby uderzony trzy razy przez osobę, na którą tak się zarzekał, że zawsze do niej wróci. Może to taka klątwa. Klątwa, żeby zawsze wybierać osoby, które cię na pewno skrzywdzą. - Tak. Winylowymi, rzecz jasna. - Zerknął trochę niepewnie na Flynna, bo niepewny był tego, czy nie powiedział jakiejś głupoty. Czy były jakieś inne PŁYTY, o których on nie wiedział, a które były dla Flynna oczywiste. - Kasetami. Oczywiście. - Kasety. W samochodzie. Kasety. OCZYWIŚCIE. To pewnie jakaś forma mugolskiej płyty do samochodu - tak to sobie przetłumaczył. I zanotował w pamięci, żeby poprosić o pokazanie tych kaset i wyjaśnienie, jak pojazd odtwarza jeszcze muzykę. Bez magii. Mózg Laurenta się rozsypał, bo taka rzeczywistość była zupełnie odlotowa.
[/b]Uśmiechnął się półgębkiem słysząc to pytanie, czy bez pieska i najbardziej oczywista rzecz była, żeby powiedzieć, że owszem, bez pieska! Ale to przecież byłoby kłamstwo.
- Z pieskiem. - Ten żart bawił chyba tylko jego, ale nie zamierzał go nijak tłumaczyć ani się zatrzymywać nad nim, bardzo szybko i płynnie przeszedł do dalszego tematu. - Dobry wieczór, panie Mulciber. - Nawet nie był świadomy, że nie mówi do Roberta, kiedy skinął głową starszemu mężczyźnie i znów wrócił oczami do Charlesa. - Sprawili, ale mam zamiar dać temu się pogrzebać i nie wynosić tego tematu poza Lammas. - Przesunął kciukiem srebrny pierścionek z kamieniem księżycowym na swoim palcu. - Och nie, dziękuję. Chciałem tylko zerknąć, czy wszystko w porządku. Spore zamieszanie zrobiło się tutaj wcześniej. - Przede wszystkim miał jeszcze swoje zakupy. - Charles, poznaj proszę wspaniałego the Edga, który zabawiał publikę swoim niezapomnianym tańcem jeszcze chwilę temu. - Tak jak wyszedł do Charlesa na krok, tak teraz obejrzał się na czarnowłosego, który... miał straszną minę. Na tyle smutną, że Laurentowi od razu zniknął uśmiech z twarzy. Przez moment na niego patrzył, nim obrócił się znów do Charlesa. - Powinniśmy się kiedyś umówić na kawę albo herbatę, Charles. A tymczasem przepraszam. Śpieszymy się na koncert. I muszę się zająć pieskiem. - Uśmiechnął się do młodego Mulcibera, a starszemu skinął głową.