25.08.2024, 19:03 ✶
Baldwin uśmiechnął się na zapewnienie, że nikt inny się nie będzie liczył, jakby kuzyn deklarował tym samym dziwaczny akt wierności, o którą go nie prosił. Przechylił się przez stół, pozwalając sobie zacisnąć na moment palce na szczupłym nadgarstku Desmonda, gdy ten kroił ciasto. Jakby to miało teraz jakiekolwiek znaczenie.
- Więc zapewniam cię, że zapewnię ci najlepsze miejsce do podziwiania spektaklu jakie tylko są dostępne.- Powiedział łagodnie, choć więcej w tym było niewypowiedzianego zapewnienia, że żadna głupia aktorka nie mogła się równać komuś w czyich żyłach płynęła krew Malfoyów.
Ich piękna, czysta krew.
Umysły tych wszystkich dziewcząt były czymś zachwycającym. Wystarczyło jedno skinięcie dłonią, jeden czy dwa drinki, by jak posłuszne owieczki prowadzone na rzeź szły za nim. Z tą nie było inaczej. Gwiazdka scenicznych desek. Teraz była nietykalna, jak laleczka, którą cieszył się teatr i on sam. Ale gdy przyjdzie koniec sezonu… Och jakaż to była piękna myśl. Wystarczyło wprawić w ruch wahadełko, by uwierzyła, że jest prawdziwą Ofelią. Odtrąconą, samotną. Porzuconą. A potem znajdą ją w kanałach Podziemnych Ścieżek z świeżo ściętymi kwiatami we włosach.
A potem moment prysnął jak bańka mydlana i obaj najwyraźniej skupili się na deserze i herbaty. Jakby byli na pieprzonym wieczorku herbacianym u kapelusznika z Alicji w Krainie Czarów. Tylko jakie role tym razem im przydzielono?
Wzruszył lekko ramionami, nie oponując jakoś szczególnie przed zjedzeniem ciasta. Wszystko było lepsze niż paskudne potrawki serwowane w Wiwernie. Nic dziwnego, że na Nokturnie wszyscy chlali. Tam nie szło przetrwać dnia bez dezynfekcji spirytusem całego układu pokarmowego.
- Jestem zdziwiony że. Zapytałeś ojca o opinię w tym temacie.
Mimo wszystko chodziło o jego siostrę, więc chcąc nie chcąc córkę swego… czyli również i jego ojca. A skoro zwykło się prosić o błogosławieństwo starych panny młodej, to Baldwin chcąc nie chcąc musiał iść do jej ojca czyli… w sumie swojego ojca i zagadać o sprawie. Prosta sprawa, która się nieco skomplikowała, gdy się okazało, że przyszły teść nie widzi przyszłości w tym pięknym związku. Ciężkie jest życie brata-męża, ale czego się nie robi dla własnej rodziny!
- I to mnie dziwi najbardziej, wiesz?- Westchnął cierpiętniczo, wbijając parokrotnie w zamyśleniu widelczyk w kawałek tego całego ciasta marchewkowego.- Przecież tak robili nasi przodkowie! Poświęcali wszystko w imię idei i naszych, rodzinnych wartości! Spójrz jak wielu wielkich czarnoksiężników zrodziła nasza rodzina! A teraz? Rozcieńczenie krwi, zepsucie. Ugh.- Ostatecznie chyba uznał, że ciasto jest odpowiednio zadziobane, bo spróbował trochę. Zamarł na moment, próbując zrozumieć co właśnie je. Niby marchewka. Ale jednak ciasto. Czyli fałszywa surówka czy jednak trochę zakłamany deser? Nieważne. - Cholera, Des.- Wymamrotał zjadając jeszcze trochę.- Tfo jeft zayebisfte.- Stwierdził, po czym przypomniał sobie, że to niegrzeczne gadać z pełną buzią, więc przełknął nieco za duży kawałek na raz. Ouch.
Przez parę sekund miał problem ze złapaniem oddechu, fakt może musiał parokrotnie poklepać się dłonią w okolicach mostka jakby miało to cokolwiek pomóc, ale wcale nie przeszkodziło mu to na nabicie na widelczyk kolejnego kawałka sekundę później- Może ty w poprzednim życiu byłeś jakąś kurą domową albo coś? Damn. Zapakujesz mi trochę tego? Podrzucę do Necronomiconu jak będę wracać.
Zamarł na moment z ciastem parę centymetrów od ust, jakby dopiero teraz dotarł do niego sens ostatnich słów Desmonda.
Jesteśmy rodziną. Powinniśmy się wzajemnie wspierać.
Hmm. Interesujące.
Nie przeszkodziło mu to w zjedzeniu kolejnego kawałka. Nic nie stanęło mu w gardle, nie stracił nagle apetytu. Zamiast tego przełknął spokojnie i oblizał leniwie sztuciec. Powoli. Zyskując parę sekund. Odłożył widelczyk na pusty już talerzyk i odsunął go od siebie.
- Więc powiedz mi, jak twój kuzyn może ci służyć.
- Więc zapewniam cię, że zapewnię ci najlepsze miejsce do podziwiania spektaklu jakie tylko są dostępne.- Powiedział łagodnie, choć więcej w tym było niewypowiedzianego zapewnienia, że żadna głupia aktorka nie mogła się równać komuś w czyich żyłach płynęła krew Malfoyów.
Ich piękna, czysta krew.
Umysły tych wszystkich dziewcząt były czymś zachwycającym. Wystarczyło jedno skinięcie dłonią, jeden czy dwa drinki, by jak posłuszne owieczki prowadzone na rzeź szły za nim. Z tą nie było inaczej. Gwiazdka scenicznych desek. Teraz była nietykalna, jak laleczka, którą cieszył się teatr i on sam. Ale gdy przyjdzie koniec sezonu… Och jakaż to była piękna myśl. Wystarczyło wprawić w ruch wahadełko, by uwierzyła, że jest prawdziwą Ofelią. Odtrąconą, samotną. Porzuconą. A potem znajdą ją w kanałach Podziemnych Ścieżek z świeżo ściętymi kwiatami we włosach.
A potem moment prysnął jak bańka mydlana i obaj najwyraźniej skupili się na deserze i herbaty. Jakby byli na pieprzonym wieczorku herbacianym u kapelusznika z Alicji w Krainie Czarów. Tylko jakie role tym razem im przydzielono?
Wzruszył lekko ramionami, nie oponując jakoś szczególnie przed zjedzeniem ciasta. Wszystko było lepsze niż paskudne potrawki serwowane w Wiwernie. Nic dziwnego, że na Nokturnie wszyscy chlali. Tam nie szło przetrwać dnia bez dezynfekcji spirytusem całego układu pokarmowego.
- Jestem zdziwiony że. Zapytałeś ojca o opinię w tym temacie.
Mimo wszystko chodziło o jego siostrę, więc chcąc nie chcąc córkę swego… czyli również i jego ojca. A skoro zwykło się prosić o błogosławieństwo starych panny młodej, to Baldwin chcąc nie chcąc musiał iść do jej ojca czyli… w sumie swojego ojca i zagadać o sprawie. Prosta sprawa, która się nieco skomplikowała, gdy się okazało, że przyszły teść nie widzi przyszłości w tym pięknym związku. Ciężkie jest życie brata-męża, ale czego się nie robi dla własnej rodziny!
- I to mnie dziwi najbardziej, wiesz?- Westchnął cierpiętniczo, wbijając parokrotnie w zamyśleniu widelczyk w kawałek tego całego ciasta marchewkowego.- Przecież tak robili nasi przodkowie! Poświęcali wszystko w imię idei i naszych, rodzinnych wartości! Spójrz jak wielu wielkich czarnoksiężników zrodziła nasza rodzina! A teraz? Rozcieńczenie krwi, zepsucie. Ugh.- Ostatecznie chyba uznał, że ciasto jest odpowiednio zadziobane, bo spróbował trochę. Zamarł na moment, próbując zrozumieć co właśnie je. Niby marchewka. Ale jednak ciasto. Czyli fałszywa surówka czy jednak trochę zakłamany deser? Nieważne. - Cholera, Des.- Wymamrotał zjadając jeszcze trochę.- Tfo jeft zayebisfte.- Stwierdził, po czym przypomniał sobie, że to niegrzeczne gadać z pełną buzią, więc przełknął nieco za duży kawałek na raz. Ouch.
Przez parę sekund miał problem ze złapaniem oddechu, fakt może musiał parokrotnie poklepać się dłonią w okolicach mostka jakby miało to cokolwiek pomóc, ale wcale nie przeszkodziło mu to na nabicie na widelczyk kolejnego kawałka sekundę później- Może ty w poprzednim życiu byłeś jakąś kurą domową albo coś? Damn. Zapakujesz mi trochę tego? Podrzucę do Necronomiconu jak będę wracać.
Zamarł na moment z ciastem parę centymetrów od ust, jakby dopiero teraz dotarł do niego sens ostatnich słów Desmonda.
Jesteśmy rodziną. Powinniśmy się wzajemnie wspierać.
Hmm. Interesujące.
Nie przeszkodziło mu to w zjedzeniu kolejnego kawałka. Nic nie stanęło mu w gardle, nie stracił nagle apetytu. Zamiast tego przełknął spokojnie i oblizał leniwie sztuciec. Powoli. Zyskując parę sekund. Odłożył widelczyk na pusty już talerzyk i odsunął go od siebie.
- Więc powiedz mi, jak twój kuzyn może ci służyć.